niedziela, 15 lutego 2015

Dzień dziesiąty - ostatni - Pizza w Neapolu

Wstyd się przyznać, ale trasę naszej przechadzki po stolicy Kampanii wyznaczyły dwie najbardziej znane neapolitańskie pizzerie - Da Michele i Di Matteo.

Pierwsza z nich, położona przy Via Cesare Sersale, zasłynęła tym, że w filmie Jedz, módl i kochaj się jadła tam Julia Roberts. Filmu nie oglądałam, ale pizzy spróbowałam. Faktycznie smakowała mi, mocno przypieczone brzegi, cieniusieńkie ciasto i przepyszny sos ze świeżych pomidorów, to to, co tygryski lubią najbardziej. Niestety samo miejsce bardziej przypomina fabrykę pizzy, niż klimatyczną knajpkę. Okazuje się, że film zrobił więcej złego, niż dobrego, bo tłumy walą tu drzwiami i oknami (a podobno Da Michele była dobrze znana już wcześniej). Aby opanować hordy turystów (i miejscowych) wprowadzono system numerków. Zaraz po przybyciu należy udać się do środka i wziąć karteczkę z numerem, a następnie cierpliwie czekać aż jeden z kelnerów wywoła naszą kolej (uwaga, krzyczą wyłącznie po włosku). Nam przyszło czekać chyba około 40 minut. Gdy już uda się usiąść przy jednym z bardzo ciasno poustawianych stolików, należy podjąć trudną decyzję i wybrać jeden z dwóch (!) rodzajów pizzy: margheritę lub margheritę z podwójnym serem. Dodatkowo można dokupić napój (na pewno były cola i woda) i już można rozkoszować się jedzeniem. Oczywiście w bliskim otoczeniu kilkudziesięciu obcych ludzi i mając świadomość ilu nieszczęśliwców czeka w upale na dworze, nie ma się ochoty celebrować posiłku. Generalnie uważam, że warto odwiedzić to miejsce, po to choćby aby się przekonać, że wolałoby się zjeść nawet nieco gorszą pizzę, ale w bardziej klimatycznym miejscu.

Z drugą pizzerią, którą odwiedziliśmy, Di Matteo, związana jest inna postać amerykańskiej, ba nawet światowej (pop)kultury, a mianowicie Bill Clinton. Podobno były amerykański prezydent jadł tutaj w czasie swojej wizyty w Neapolu w 1994 roku. Także ten, położony przy Via dei Tribunali lokal na brak klientów nie narzeka, ale jednak jest tam więcej miejsca. Bardziej pasował mi też wystrój, równie prosty jak w pierwszej pizzerii, ale dzięki brakowi zdjęć z planu filmowego, a dzięki obecności starych plakatów reklamowych atmosfera miała w sobie coś szczególnego. Menu w Di Matteo jest znacznie szersze niż w Da Michele, ale sama nie wiem czy to dobrze. Pizza, którą wybraliśmy, była niezbyt smaczna, miała zdecydowanie za dużo składników, przez co była trochę rozmoczona i za ciężka. Cóż, przerost formy nad treścią. Przynajmniej część pretensji mogę mieć sama do siebie, bo trzeba było wybrać placek z mniejszą ilością dodatków, w końcu nawet gdy sama robię pizzę, to oprócz sosu i sera daję maksymalnie 2 inne składniki.

Dla porządku:

Da Michele: klik
Di Matteo: klik

Tym samym kończę moje włoskie wspominki, a już w przyszłym tygodniu przeniesiemy się w bardziej egzotyczne miejsce :)


Da Michele.

Pizzeria Da Michele - rekomendowana przez wielu.

Pizza w Da Michele.

Menu w Di Matteo.

Pizza z Di Matteo.


Di Matteo - w tym samym miejscu od 1936.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz