wtorek, 3 listopada 2015

Tajlandia - dzień czternasty - Wycieczka na wyspy Hong

Pora pomału żegnać się z Tajlandią. Przyszła kolej na ostatnią zorganizowaną wycieczkę - na wyspy archipelagu Hong. Gdy przed wyjazdem oglądałam zdjęcia i filmy z tego miejsca, wcale nie byłam przekonana, że chcę się tam wybrać. Wydawało mi się ponure i mało atrakcyjne, zwłaszcza w porównaniu z innymi w prowincji Krabi. Bardzo się myliłam.  Dzisiejszym wpisem postaram się rozwiać Wasze wątpliwości, jeśli takie się pojawiły.

Wycieczka rozpoczęła się rano, jak każda inna, ale szybko poczuliśmy różnicę. Okazało się, że na całkiem sporą łódkę weszło tylko około 20, no może 30 osób (miła odmiana po wycieczce na 4 wyspy). Przewodnikowi/opiekunowi łatwiej było nad taką niewielką grupą zapanować i program realizowany był bardzo sprawnie.

Łodzie długorufowe, jeden z symboli Tajlandii.
Będący częścią parku narodowego archipelag Hong położony jest  u wejścia do zatoki Phang Nga, którą odwiedziliśmy już wcześniej (relacja o tu - klik). Naszym pierwszym przystankiem (bez schodzenia z łódki) była laguna wewnątrz największej wyspy archipelagu, od której wziął on swoją nazwę. Hong po tajsku oznacza bowiem kryjówkę, schronienie. Miejsce zauroczyło mnie swoim spokojem. Skały schodzące pionowo do szmaragdowej wody tworzą klimat trochę jak z Avatara. Zdjęcia niestety są słabe, bo nie dość, że było pochmurno, to aparat zaparował.



Następnie zatrzymaliśmy się na plaży na wyspie Hong. Pierwotnie mieliśmy zamiar pływać kajakami (i za taką opcję zapłaciliśmy dodatkowo), ale plaża tak nam się spodobała, że zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Nie wiem czy wiele straciliśmy, ale nie wierzę, że pływanie kajakiem spodobałoby mi się bardziej, niż brodzenie w przejrzystej wodzie pełnej kolorowych rybek. W tym miejscu rybki podpływały do samego brzegu, tak, że nawet nie trzeba było się trudzić zakładaniem maski. Niesamowite doświadczenie. Sama plaża jest też fajna, z miękkim drobnym piaseczkiem i wcale nie tak mocno zatłoczona, jak na warunki tajlandzkie.

Wyspa Hong

Miałam kiedyś podobny plakat z Ikei, teraz mam własnoręcznie zrobione zdjęcie. Fajnie :)

Bosko, a nie mówiłam :)
Program wycieczki zakładał plażowanie jeszcze na 3 wyspach, ale ze względu na pogodę (silny wiatr), musieliśmy ograniczyć się do dwóch. Na pierwszej - Lading - czekał na nas lunch. Jak zwykle kurczak, ryż, warzywa i arbuz na deser. Jak na jedzenie serwowane z plastikowych pojemników, nie najgorsze. W ogóle do momentu, gdy nie widzę w jakich warunkach potrawy są przygotowywane, mogę zjeść wszystko. Postój był dość długi, ale fale i chłodna woda (ekhm jak na Rodos we wrześniu) nie zachęcały do kąpieli. Fajną atmosferę tworzyły krzyczące wysoko w skałach dzikie ptaki, przyjemnie było posiedzieć i poczytać gazetę.

Lading Island
Wyspa Lading

Lading Island

Lading Island
Pirat z Krabi. Kapitan sąsiedniej łódki robił wrażenie starego wilka morskiego.
Ostatni przystanek wypadł na wyspie Pakbia, z której zapamiętałam głównie plażę o złotym, ale szorstkim piasku. Dlaczego? Bo na wszystkich innych plażach, które odwiedziliśmy piasek był biały (lub chociaż białawy) i mięciutki. Nie było tu też zbyt ciekawego życia podwodnego, ale wszystko rekompensowało piękne słońce, które właśnie wyszło.

Wysepka-wieloryb po drodze na Pakbię.

Pakbia Island
Na wyspie Pakbia

Pakbia Island




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz