sobota, 7 listopada 2015

Tajlandia - dzień piętnasty - Plaża Phra Nang

Nadeszły ostatnie chwile naszych pierwszych, ale nie ostatnich, tajskich wakacji. Specjalnie wylot zaplanowaliśmy tak, aby cały ostatni dzień spędzić jeszcze na miejscu, nacieszyć się słońcem, morzem i plażą. W tym celu idealna wydawała się plaża księżniczki - Phra Nang Beach, uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie. Byliśmy już tam wcześniej, na koniec wycieczki na cztery wyspy, ale pochmurne niebo i nadchodzący deszcz nie pozwoliły docenić jej uroku. 

Plaża na Krabi
Plaża Phra Nang

Dostać się na plażę Phra Nang jest wyjątowo łatwo (a na dodatek klimatycznie). Z kilku punktów w Ao Nang, a także i z naszej plaży Nopparath Thara pływają łódki długorufowe. Trzeba tylko podać miejsce, gdzie chce się płynąć, zapłacić 200 bahtów za bilet w dwie strony i za kilkanaście minut jest się na miejscu. Teraz wystarczy już tylko znaleźć miejsce do plażowania, rozłożyć ręcznik i można odpoczywać.

Jedna z wielu łodzi długorufowych.

Nie będę opisywać szczegółowo plaży, bo widać ją na zdjęciach. Zaznaczę jedynie, że woda była tam wyjątkowo spokojna, pływało się jak w pięknym, szmaragdowym basenie. 

Krabi

Krabi

Krabi

Krabi


Przy końcu plaży znajduje się jaskinia wypełniona... fallusami. Wykonane z rozmaitych materiałów męskie przyrodzenia przedstawiają ponoć boga-Sziwę i są ofiarowywane przez lokalnych rybaków i żeglarzy, żeby zapewnić sobie spokój na morzu.

Krabi
Jaskinia Phra Nang

Nam najwięcej radości dostarczyły jednak śmigające nad naszymi głowami małpy. Myli się ten, kto myśli, że to miłe, wesołe zwierzątka. Owszem, wyczyniają małpie figle, które można obserwować godzinami, ale też od czasu do czasu lubią się czymś posilić i najczęściej są to owoce czy też inne smakołyki plażowiczów. Jeżeli w okolicy są małpy, trzeba na swoją własność bardzo uważać, gdyż są to zwierzęta wyjątkowo uparte i sprytne.


Kochająca małpia mama. Wzruszające obrazki.



Po plażowaniu wróciliśmy do hotelu odświeżyć się przed podróżą. Niestety ze względu na szczyt sezonu nie było możliwości przedłużenia pokoju, ale nasz Holiday Inn miał porządne prysznice, z których można było skorzystać już po wymeldowaniu (w recepcji dostaliśmy komplet świeżych ręczników). Piszę o tym celowo, bo sama potrzebowałam takich informacji przed wyjazdem. Przejazd z hotelu na lotnisku zamówiliśmy w Krabi Shuttle. Wyszło trochę drożej niż lotniskowym busem (chyba 600 bahtów), ale za to w bardzo komfortowych warunkach. Z Krabi do Bangkoku lecieliśmy Bangkok Airways, specjalnie wybraliśmy znów te linie, bo latają na lotnisko Suvarnabhumi, z którego przez Dubaj odlatywaliśmy do Warszawy. Tym razem przesiadka w Dubaju trwała tylko trochę ponad 1,5 godziny i o 11:45 przed południem dnia następnego nasze stopy stanęły w zimnej, mokrej i wietrznej stolicy. Brrr.

Pogoda się zepsuła, jakby chciała przygotować nas na powrót do polskiej rzeczywistości.

To już koniec tajskich opowieści. Od nowego tygodnia pora na nowe miejsce. Sama nie wiem które? Madera, Bruksela czy może Singapur. Muszę pomyśleć :)




wtorek, 3 listopada 2015

Tajlandia - dzień czternasty - Wycieczka na wyspy Hong

Pora pomału żegnać się z Tajlandią. Przyszła kolej na ostatnią zorganizowaną wycieczkę - na wyspy archipelagu Hong. Gdy przed wyjazdem oglądałam zdjęcia i filmy z tego miejsca, wcale nie byłam przekonana, że chcę się tam wybrać. Wydawało mi się ponure i mało atrakcyjne, zwłaszcza w porównaniu z innymi w prowincji Krabi. Bardzo się myliłam.  Dzisiejszym wpisem postaram się rozwiać Wasze wątpliwości, jeśli takie się pojawiły.

Wycieczka rozpoczęła się rano, jak każda inna, ale szybko poczuliśmy różnicę. Okazało się, że na całkiem sporą łódkę weszło tylko około 20, no może 30 osób (miła odmiana po wycieczce na 4 wyspy). Przewodnikowi/opiekunowi łatwiej było nad taką niewielką grupą zapanować i program realizowany był bardzo sprawnie.

Łodzie długorufowe, jeden z symboli Tajlandii.
Będący częścią parku narodowego archipelag Hong położony jest  u wejścia do zatoki Phang Nga, którą odwiedziliśmy już wcześniej (relacja o tu - klik). Naszym pierwszym przystankiem (bez schodzenia z łódki) była laguna wewnątrz największej wyspy archipelagu, od której wziął on swoją nazwę. Hong po tajsku oznacza bowiem kryjówkę, schronienie. Miejsce zauroczyło mnie swoim spokojem. Skały schodzące pionowo do szmaragdowej wody tworzą klimat trochę jak z Avatara. Zdjęcia niestety są słabe, bo nie dość, że było pochmurno, to aparat zaparował.



Następnie zatrzymaliśmy się na plaży na wyspie Hong. Pierwotnie mieliśmy zamiar pływać kajakami (i za taką opcję zapłaciliśmy dodatkowo), ale plaża tak nam się spodobała, że zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Nie wiem czy wiele straciliśmy, ale nie wierzę, że pływanie kajakiem spodobałoby mi się bardziej, niż brodzenie w przejrzystej wodzie pełnej kolorowych rybek. W tym miejscu rybki podpływały do samego brzegu, tak, że nawet nie trzeba było się trudzić zakładaniem maski. Niesamowite doświadczenie. Sama plaża jest też fajna, z miękkim drobnym piaseczkiem i wcale nie tak mocno zatłoczona, jak na warunki tajlandzkie.

Wyspa Hong

Miałam kiedyś podobny plakat z Ikei, teraz mam własnoręcznie zrobione zdjęcie. Fajnie :)

Bosko, a nie mówiłam :)
Program wycieczki zakładał plażowanie jeszcze na 3 wyspach, ale ze względu na pogodę (silny wiatr), musieliśmy ograniczyć się do dwóch. Na pierwszej - Lading - czekał na nas lunch. Jak zwykle kurczak, ryż, warzywa i arbuz na deser. Jak na jedzenie serwowane z plastikowych pojemników, nie najgorsze. W ogóle do momentu, gdy nie widzę w jakich warunkach potrawy są przygotowywane, mogę zjeść wszystko. Postój był dość długi, ale fale i chłodna woda (ekhm jak na Rodos we wrześniu) nie zachęcały do kąpieli. Fajną atmosferę tworzyły krzyczące wysoko w skałach dzikie ptaki, przyjemnie było posiedzieć i poczytać gazetę.

Lading Island
Wyspa Lading

Lading Island

Lading Island
Pirat z Krabi. Kapitan sąsiedniej łódki robił wrażenie starego wilka morskiego.
Ostatni przystanek wypadł na wyspie Pakbia, z której zapamiętałam głównie plażę o złotym, ale szorstkim piasku. Dlaczego? Bo na wszystkich innych plażach, które odwiedziliśmy piasek był biały (lub chociaż białawy) i mięciutki. Nie było tu też zbyt ciekawego życia podwodnego, ale wszystko rekompensowało piękne słońce, które właśnie wyszło.

Wysepka-wieloryb po drodze na Pakbię.

Pakbia Island
Na wyspie Pakbia

Pakbia Island




sobota, 31 października 2015

Tajlandia - dzień trzynasty - Phi Phi

Sprawne oko zauważy, że przeskoczyliśmy jeden dzień - dwunasty, poświęcony słodkiemu leniuchowaniu. Niestety na terenie hotelu, bo pogoda nie sprzyjała wycieczkom. Dobrze jednak było posiedzieć chwilę w jednym miejscu, choćby po to żeby nadrobić zaległości w lekturze, tak aby nie okazało się, że kilogramy książek przyleciały ze mną na darmo. 

Wycieczka zaczęła się, jak wszystkie pozostałe, rano, po śniadaniu, ale tym razem pływaliśmy między wyspami nie łódką, ale motorówką i taką formę transportu serdecznie polecam. Zapłacicie więcej, ale warto. Po pierwsze, motorówka rozwija większą prędkość i mniej czasu traci się na przemieszczanie, po drugie mieści mniej ludzi i szybciej można wydostać się na ląd. Dla mnie ma jednak jedną wadę - gdy cumuje bardzo delikatnie się chwieje i mimo, że nie mam choroby morskiej, nie czuję się wtedy najlepiej (na dużych łódkach nie mam zupełnie tego problemu). Nie ma jednak tego złego - więcej czasu musiałam spędzać na plażowaniu i snurkowaniu :)

Pierwszy przystanek wypadł nam na wyspie bambusowej - Bamboo Island. Zaraz, zaraz! Czemu bambusowej? Przecież nie ma tu ani jednego bambusa. Ano, teraz nie ma, ale do 2004 roku, czyli do okrutnego tsunami w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, rosło ich tu mnóstwo. Plażowanie w tym miejscu to dla mnie najpiękniejsze chwile naszych pierwszych wakacji w Tajlandii, bo to tu spełniły się moje marzenia o białym piasku i przejrzystej, turkusowej wodzie. Tu poczułam się autentycznie szczęśliwa. Niech zdjęcia przemówią.

Phi Phi
Biały piasek, turkusowa woda, prawie bezchmurne niebo. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Phi Phi
Moje chwile szczęścia zakłócił tylko on - wąż. Prawdopodobnie ja zaś zmąciłam jego spokój, bo po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia ja odbiegłam w swoją stronę, a on odpełzł w swoją.

Phi Phi
I jeszcze jeden widoczek.

Phi Phi
Woda jak płynne szkło.

Następnie dopłynęliśmy do tzw. Zatoki Wikingów, niestety nie weszliśmy do jaskini, od której zatoka wzięła swoją nazwę. Szkoda, bo jej ściany pokryte są wizerunkami wikingów, którzy podobno schronili się tam w czasie okrutnego monsunu. Z miejscem tym wiąże się jeszcze jeden ciekawy fakt. Wikingów tam obecnie jak na lekarstwo, ale zamieszkują je ptaki z rodziny jerzykowatych, z których gniazd gotuje się słynną na cały świat zupę. Drogi przysmak upodobali sobie przede wszystkim Chińczycy, którzy wierzą w jej zdrowotne właściwości.

Phi Phi
Jaskinia Wikingów

W końcu około południa dopłynęliśmy do głównej atrakcji tego dnia - plaży Maya na wyspie Phi Phi Ley. To takie miejsce, które nawet mimo tłumów ludzi nie traci swojego uroku. Oczywiście byłoby jeszcze piękniej, gdybyśmy na tym piasku białym i drobnym jak mączka, oblewanym przez turkusową wodę, byli sami, ale jak się nie ma co się lubi... To wszystko przez Leonardo, który biegał tu w filmie Niebiańska Plaża! Ach, czemuż ludzie nie przestraszyli się bardziej sceny, w której atakuje rekin ;) Na plaży mieliśmy około 45 minut. Starczyło to na pobrodzenie po wodzie i odpoczynek na miękkim piasku.

Phi Phi
Wpływamy do zatoki Maya. Tracę dobry humor, bo wydaje mi się, że jest pochmurno...

Phi Phi
... za chwilę jednak się rozpogadza i nie przeszkadzają mi już nawet inni turyści.

Phi Phi


Kolejny przystanek to wyspa Phi Phi Don, gdzie jedliśmy obiad. Szczerze mówiąc nothing to write home about, a i sama wyspa jakoś mnie nie oszołomiła (a raczej jej maleńki fragmencik, który widzieliśmy). Chyba już za dużo szczęścia tego dnia.

Phi tam ;)

Phi Phi

Nie wspomniałam jeszcze, że w czasie tej wycieczki 2 razy zatrzymywaliśmy się na snurkowanie, które było absolutnie rewelacyjne! Załączam też króciutki filmik.

Snurkowanie przy Phi Phi


Podsumowując, na Phi Phi jeszcze wrócę. Już nie w szczycie sezonu. Może kiedyś w marcu? Najlepiej tak, aby zanocować na łódce i rano mieć Maya Beach tylko dla siebie.  A może island hopping? Lanta, Phi Phi, Similany? Zobaczymy.