Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 listopada 2015

Tajlandia - dzień piętnasty - Plaża Phra Nang

Nadeszły ostatnie chwile naszych pierwszych, ale nie ostatnich, tajskich wakacji. Specjalnie wylot zaplanowaliśmy tak, aby cały ostatni dzień spędzić jeszcze na miejscu, nacieszyć się słońcem, morzem i plażą. W tym celu idealna wydawała się plaża księżniczki - Phra Nang Beach, uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie. Byliśmy już tam wcześniej, na koniec wycieczki na cztery wyspy, ale pochmurne niebo i nadchodzący deszcz nie pozwoliły docenić jej uroku. 

Plaża na Krabi
Plaża Phra Nang

Dostać się na plażę Phra Nang jest wyjątowo łatwo (a na dodatek klimatycznie). Z kilku punktów w Ao Nang, a także i z naszej plaży Nopparath Thara pływają łódki długorufowe. Trzeba tylko podać miejsce, gdzie chce się płynąć, zapłacić 200 bahtów za bilet w dwie strony i za kilkanaście minut jest się na miejscu. Teraz wystarczy już tylko znaleźć miejsce do plażowania, rozłożyć ręcznik i można odpoczywać.

Jedna z wielu łodzi długorufowych.

Nie będę opisywać szczegółowo plaży, bo widać ją na zdjęciach. Zaznaczę jedynie, że woda była tam wyjątkowo spokojna, pływało się jak w pięknym, szmaragdowym basenie. 

Krabi

Krabi

Krabi

Krabi


Przy końcu plaży znajduje się jaskinia wypełniona... fallusami. Wykonane z rozmaitych materiałów męskie przyrodzenia przedstawiają ponoć boga-Sziwę i są ofiarowywane przez lokalnych rybaków i żeglarzy, żeby zapewnić sobie spokój na morzu.

Krabi
Jaskinia Phra Nang

Nam najwięcej radości dostarczyły jednak śmigające nad naszymi głowami małpy. Myli się ten, kto myśli, że to miłe, wesołe zwierzątka. Owszem, wyczyniają małpie figle, które można obserwować godzinami, ale też od czasu do czasu lubią się czymś posilić i najczęściej są to owoce czy też inne smakołyki plażowiczów. Jeżeli w okolicy są małpy, trzeba na swoją własność bardzo uważać, gdyż są to zwierzęta wyjątkowo uparte i sprytne.


Kochająca małpia mama. Wzruszające obrazki.



Po plażowaniu wróciliśmy do hotelu odświeżyć się przed podróżą. Niestety ze względu na szczyt sezonu nie było możliwości przedłużenia pokoju, ale nasz Holiday Inn miał porządne prysznice, z których można było skorzystać już po wymeldowaniu (w recepcji dostaliśmy komplet świeżych ręczników). Piszę o tym celowo, bo sama potrzebowałam takich informacji przed wyjazdem. Przejazd z hotelu na lotnisku zamówiliśmy w Krabi Shuttle. Wyszło trochę drożej niż lotniskowym busem (chyba 600 bahtów), ale za to w bardzo komfortowych warunkach. Z Krabi do Bangkoku lecieliśmy Bangkok Airways, specjalnie wybraliśmy znów te linie, bo latają na lotnisko Suvarnabhumi, z którego przez Dubaj odlatywaliśmy do Warszawy. Tym razem przesiadka w Dubaju trwała tylko trochę ponad 1,5 godziny i o 11:45 przed południem dnia następnego nasze stopy stanęły w zimnej, mokrej i wietrznej stolicy. Brrr.

Pogoda się zepsuła, jakby chciała przygotować nas na powrót do polskiej rzeczywistości.

To już koniec tajskich opowieści. Od nowego tygodnia pora na nowe miejsce. Sama nie wiem które? Madera, Bruksela czy może Singapur. Muszę pomyśleć :)




wtorek, 3 listopada 2015

Tajlandia - dzień czternasty - Wycieczka na wyspy Hong

Pora pomału żegnać się z Tajlandią. Przyszła kolej na ostatnią zorganizowaną wycieczkę - na wyspy archipelagu Hong. Gdy przed wyjazdem oglądałam zdjęcia i filmy z tego miejsca, wcale nie byłam przekonana, że chcę się tam wybrać. Wydawało mi się ponure i mało atrakcyjne, zwłaszcza w porównaniu z innymi w prowincji Krabi. Bardzo się myliłam.  Dzisiejszym wpisem postaram się rozwiać Wasze wątpliwości, jeśli takie się pojawiły.

Wycieczka rozpoczęła się rano, jak każda inna, ale szybko poczuliśmy różnicę. Okazało się, że na całkiem sporą łódkę weszło tylko około 20, no może 30 osób (miła odmiana po wycieczce na 4 wyspy). Przewodnikowi/opiekunowi łatwiej było nad taką niewielką grupą zapanować i program realizowany był bardzo sprawnie.

Łodzie długorufowe, jeden z symboli Tajlandii.
Będący częścią parku narodowego archipelag Hong położony jest  u wejścia do zatoki Phang Nga, którą odwiedziliśmy już wcześniej (relacja o tu - klik). Naszym pierwszym przystankiem (bez schodzenia z łódki) była laguna wewnątrz największej wyspy archipelagu, od której wziął on swoją nazwę. Hong po tajsku oznacza bowiem kryjówkę, schronienie. Miejsce zauroczyło mnie swoim spokojem. Skały schodzące pionowo do szmaragdowej wody tworzą klimat trochę jak z Avatara. Zdjęcia niestety są słabe, bo nie dość, że było pochmurno, to aparat zaparował.



Następnie zatrzymaliśmy się na plaży na wyspie Hong. Pierwotnie mieliśmy zamiar pływać kajakami (i za taką opcję zapłaciliśmy dodatkowo), ale plaża tak nam się spodobała, że zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Nie wiem czy wiele straciliśmy, ale nie wierzę, że pływanie kajakiem spodobałoby mi się bardziej, niż brodzenie w przejrzystej wodzie pełnej kolorowych rybek. W tym miejscu rybki podpływały do samego brzegu, tak, że nawet nie trzeba było się trudzić zakładaniem maski. Niesamowite doświadczenie. Sama plaża jest też fajna, z miękkim drobnym piaseczkiem i wcale nie tak mocno zatłoczona, jak na warunki tajlandzkie.

Wyspa Hong

Miałam kiedyś podobny plakat z Ikei, teraz mam własnoręcznie zrobione zdjęcie. Fajnie :)

Bosko, a nie mówiłam :)
Program wycieczki zakładał plażowanie jeszcze na 3 wyspach, ale ze względu na pogodę (silny wiatr), musieliśmy ograniczyć się do dwóch. Na pierwszej - Lading - czekał na nas lunch. Jak zwykle kurczak, ryż, warzywa i arbuz na deser. Jak na jedzenie serwowane z plastikowych pojemników, nie najgorsze. W ogóle do momentu, gdy nie widzę w jakich warunkach potrawy są przygotowywane, mogę zjeść wszystko. Postój był dość długi, ale fale i chłodna woda (ekhm jak na Rodos we wrześniu) nie zachęcały do kąpieli. Fajną atmosferę tworzyły krzyczące wysoko w skałach dzikie ptaki, przyjemnie było posiedzieć i poczytać gazetę.

Lading Island
Wyspa Lading

Lading Island

Lading Island
Pirat z Krabi. Kapitan sąsiedniej łódki robił wrażenie starego wilka morskiego.
Ostatni przystanek wypadł na wyspie Pakbia, z której zapamiętałam głównie plażę o złotym, ale szorstkim piasku. Dlaczego? Bo na wszystkich innych plażach, które odwiedziliśmy piasek był biały (lub chociaż białawy) i mięciutki. Nie było tu też zbyt ciekawego życia podwodnego, ale wszystko rekompensowało piękne słońce, które właśnie wyszło.

Wysepka-wieloryb po drodze na Pakbię.

Pakbia Island
Na wyspie Pakbia

Pakbia Island




sobota, 31 października 2015

Tajlandia - dzień trzynasty - Phi Phi

Sprawne oko zauważy, że przeskoczyliśmy jeden dzień - dwunasty, poświęcony słodkiemu leniuchowaniu. Niestety na terenie hotelu, bo pogoda nie sprzyjała wycieczkom. Dobrze jednak było posiedzieć chwilę w jednym miejscu, choćby po to żeby nadrobić zaległości w lekturze, tak aby nie okazało się, że kilogramy książek przyleciały ze mną na darmo. 

Wycieczka zaczęła się, jak wszystkie pozostałe, rano, po śniadaniu, ale tym razem pływaliśmy między wyspami nie łódką, ale motorówką i taką formę transportu serdecznie polecam. Zapłacicie więcej, ale warto. Po pierwsze, motorówka rozwija większą prędkość i mniej czasu traci się na przemieszczanie, po drugie mieści mniej ludzi i szybciej można wydostać się na ląd. Dla mnie ma jednak jedną wadę - gdy cumuje bardzo delikatnie się chwieje i mimo, że nie mam choroby morskiej, nie czuję się wtedy najlepiej (na dużych łódkach nie mam zupełnie tego problemu). Nie ma jednak tego złego - więcej czasu musiałam spędzać na plażowaniu i snurkowaniu :)

Pierwszy przystanek wypadł nam na wyspie bambusowej - Bamboo Island. Zaraz, zaraz! Czemu bambusowej? Przecież nie ma tu ani jednego bambusa. Ano, teraz nie ma, ale do 2004 roku, czyli do okrutnego tsunami w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, rosło ich tu mnóstwo. Plażowanie w tym miejscu to dla mnie najpiękniejsze chwile naszych pierwszych wakacji w Tajlandii, bo to tu spełniły się moje marzenia o białym piasku i przejrzystej, turkusowej wodzie. Tu poczułam się autentycznie szczęśliwa. Niech zdjęcia przemówią.

Phi Phi
Biały piasek, turkusowa woda, prawie bezchmurne niebo. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Phi Phi
Moje chwile szczęścia zakłócił tylko on - wąż. Prawdopodobnie ja zaś zmąciłam jego spokój, bo po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia ja odbiegłam w swoją stronę, a on odpełzł w swoją.

Phi Phi
I jeszcze jeden widoczek.

Phi Phi
Woda jak płynne szkło.

Następnie dopłynęliśmy do tzw. Zatoki Wikingów, niestety nie weszliśmy do jaskini, od której zatoka wzięła swoją nazwę. Szkoda, bo jej ściany pokryte są wizerunkami wikingów, którzy podobno schronili się tam w czasie okrutnego monsunu. Z miejscem tym wiąże się jeszcze jeden ciekawy fakt. Wikingów tam obecnie jak na lekarstwo, ale zamieszkują je ptaki z rodziny jerzykowatych, z których gniazd gotuje się słynną na cały świat zupę. Drogi przysmak upodobali sobie przede wszystkim Chińczycy, którzy wierzą w jej zdrowotne właściwości.

Phi Phi
Jaskinia Wikingów

W końcu około południa dopłynęliśmy do głównej atrakcji tego dnia - plaży Maya na wyspie Phi Phi Ley. To takie miejsce, które nawet mimo tłumów ludzi nie traci swojego uroku. Oczywiście byłoby jeszcze piękniej, gdybyśmy na tym piasku białym i drobnym jak mączka, oblewanym przez turkusową wodę, byli sami, ale jak się nie ma co się lubi... To wszystko przez Leonardo, który biegał tu w filmie Niebiańska Plaża! Ach, czemuż ludzie nie przestraszyli się bardziej sceny, w której atakuje rekin ;) Na plaży mieliśmy około 45 minut. Starczyło to na pobrodzenie po wodzie i odpoczynek na miękkim piasku.

Phi Phi
Wpływamy do zatoki Maya. Tracę dobry humor, bo wydaje mi się, że jest pochmurno...

Phi Phi
... za chwilę jednak się rozpogadza i nie przeszkadzają mi już nawet inni turyści.

Phi Phi


Kolejny przystanek to wyspa Phi Phi Don, gdzie jedliśmy obiad. Szczerze mówiąc nothing to write home about, a i sama wyspa jakoś mnie nie oszołomiła (a raczej jej maleńki fragmencik, który widzieliśmy). Chyba już za dużo szczęścia tego dnia.

Phi tam ;)

Phi Phi

Nie wspomniałam jeszcze, że w czasie tej wycieczki 2 razy zatrzymywaliśmy się na snurkowanie, które było absolutnie rewelacyjne! Załączam też króciutki filmik.

Snurkowanie przy Phi Phi


Podsumowując, na Phi Phi jeszcze wrócę. Już nie w szczycie sezonu. Może kiedyś w marcu? Najlepiej tak, aby zanocować na łódce i rano mieć Maya Beach tylko dla siebie.  A może island hopping? Lanta, Phi Phi, Similany? Zobaczymy. 


piątek, 14 sierpnia 2015

Tajlandia - dzień jedenasty - Wycieczka na cztery wyspy

Wycieczka na cztery wyspy (zwana też wycieczką na wyspy andamańskie) jest chyba naj spośród wszystkich dostępnych w regionie Ao Nang. Nic dziwnego, bo plaże są białe, woda turkusowa, a rybki kolorowe, ale niestety ma to swoje konsekwencje w postaci tłumu, z którym trzeba współdzielić te przyjemności. Daleka jestem od narzekania, bo dobrze wiedziałam na co się piszę. Przypuszczam nawet, że można było i tam znaleźć bardziej bezludne plaże, ale uznaliśmy, że mamy za mało czasu by ich szukać. Mam jednak jedną uwagę - jeśli wybieracie się na tę wycieczkę, zwróćcie uwagę, by płynąć niewielką motorówką, a nie dużą łodzią. Ja, gapa, nie pomyślałam i niestety traciliśmy za każdym razem sporo czasu czekając w kolejce do zejścia z łajby (to dobra nazwa na ten środek transportu) lub wejścia na nią. Uważam, że warto dołożyć kilka(set) bahtów, aby więcej czasu spędzić na plaży czy też w wodzie. 

morze andamańskie
Taka pogoda "miała" być cały dzień. Niestety pora sucha i zimna nie zawsze oznacza dokładnie to, czego Europejczyk by sobie życzył.
Wycieczka, jak prawie wszystkie pozostałe (poza Jamesem Bondem) rozpoczęła się przy plaży w Ao Nang, na którą zostaliśmy dowiezieni songthaewem. Co rano, z tego samego punktu, różne grupy wypływają w różne miejsca. W celu łatwiejszej identyfikacji, każda z nich dostaje naklejkę w określonym kolorze. Gdy wszyscy płynący w dane miejsce się zbiorą, "kolor" jest wywoływany i wędruje za swoim przewodnikiem do odpowiedniej łódki. Czasem trzeba trochę poczekać, ale ogólnie organizacja jest dość sprawna.

Teraz zaczyna się dla mnie prawdziwe wyzwanie - nie pomylić nazw wysp na których byliśmy (jeśli zauważycie błędy, proszę o komentarze). Pierwszy przystanek to Koh Tup. Niestety jedyna, gdzie mieliśmy słońce i prawie bezchmurne niebo, dzięki czemu woda i piasek miały odpowiednie kolory (czyt. jak z folderu). Największą osobliwością tej wyspy jest fakt, że w czasie odpływu jest ona połączona piaszczystą mierzeją z dwiema innymi wysepkami - Koh Gai oraz Koh Mawr. Mierzeja, zwana też magiczną plążą, a po tajsku Talay Whak, w czasie naszej wizyty była niestety przykryta wodą. Pobyt na plaży trwał około 45 minut. 

morze andamańskie
Są tłumy, ale jest też jasny, miękki piasek i niebieskie morze. 

morze andamańskie
Takie zdjęcie ma każdy, kto był w Ao Nang. Mam i ja :)

morze andamańskie
Plaża na Koh Tup

morze andamańskie
Koh Tup

Kolejnym punktem było snurkowanie w zatoczce przy wyspie Koh Gai (po polsku to tyle co Wyspa Kurczaka, zwana tak ze względu na swój kształt - sami spójrzcie). Muszę przyznać, że mimo, iż lubię pływać i dość sprawnie unoszę się na wodzie, miałam opory przed wskoczeniem do morza prosto z łódki i pływaniem z maską oraz rurką w tłumie innych ludzi. Oczywiście nadal uważam, że trzeba zachować ostrożność, nie ufać sobie, innym oraz wodzie, ale dzięki temu, że się zdecydowałam wiem też, jak wiele bym straciła. Dla mnie były to jedne z najpiękniejszych wakacyjnych chwil w życiu. Teraz namawiam do takiego snurkowania wszystkich. To trochę jak znaleźć się w trójwymiarowym filmie przyrodniczym. Fantastyczne wrażenia, nawet mimo lekko mętnej wody (a na kolejnych wycieczkach było jeszcze lepiej!). Jeśli dobrze pamiętam na tę przyjemność mieliśmy około godziny.

Chicken Island
Koh Gai - skała przypominająca głowę kurczaka.

snurkowanie
Z aparatem wśród zwierząt.

snorkling
Jeżowce, pod warunkiem, że nie wbijają się akurat w stopę, też są całkiem urodziwe.
Najdłuższy, bo ponad godzinny, przystanek mieliśmy na Koh Poda. Tu mogliśmy zjeść lunch, który przypłynął z nami łódką. Do wyboru dwa czy nawet trzy rodzaje kurczaka, a do nich ryż. Zapomniałam wcześniej napisać, że w cenie wszystkich wycieczek były też napoje (głównie woda) i owoce (tak naprawdę jeden ich rodzaj - arbuz).

Niestety na Koh Poda zepsuła się nam pogoda. Co prawda nie padało, ale niebo się mocno zachmurzyło i tak było już do końca dnia. Niemniej jednak zdecydowanie lepiej wylegiwać się na gorącym piasku i pluskać się w ciepłych* morskich falach niż pracować czy uczestniczyć w przedświątecznej krzątaninie w Polsce. Plażowanie tu było tym bardziej przyjemne, że spokojnie można było znaleźć kawałek piasku tylko dla siebie, daleko od najbliższego sąsiada.

morze andamańskie
Koh Poda

Ostatnie miejsce, jakie odwiedziliśmy w czasie tej wycieczki, to tak naprawdę nie czwarta wyspa, jak należałoby oczekiwać, ale półwysep - Phra Nang. Nie będę się jednak teraz o nim rozpisywać, bo jest na tyle ładny, że wrócimy tu jeszcze osobno ostatniego dnia.

Plaża księżniczki
Phra Nang

plaża księżniczki
Phra Nang - w oddali pada. Wrócimy tu w bardziej słoneczny dzień.

Podsumowanie: a. następnym razem na wybrzeże Morza Andamańskiego polecimy w lutym, aby być pewnymi pogody b. a wtedy wybierzemy wycieczkę motorówką, najlepiej indywidualnie czarterowaną.

* Przez cały nasz pobyt woda w morzu miała około 28-29° Celsjusza, jak dla mnie idealnie (w Europie trafiłam taką tylko raz - pod koniec sierpnia na Sycylii).

wtorek, 11 sierpnia 2015

Tajlandia - dzień dziesiąty - Wycieczka na wyspę Jamesa Bonda

Od czasu, gdy napisałam ostatni wpis na blogu, zdążyłam odwiedzić Tajlandię już po raz drugi oraz Malezję i Singapur po raz pierwszy . By przejść do następnej relacji, trzeba najpierw skończyć jednak tę. Muszę przyznać, że kolejnych kilka wpisów będzie nadzwyczaj przyjemnych, bo będą o tym, że marzenia (o białej plaży, turkusowym morzu i egzotycznych widokach) się spełniają.

Gwoli ścisłości i porządku, w tym miejscu zrywam z konwencją, że każdy kolejny wpis to wydarzenia z kolejnego dnia, a opiszę (a przede wszystkim pokażę) cztery wycieczki morskie, na które wybraliśmy się z naszego punktu wypadowego - plaży Nopparat Thara. Wszystkie kupiliśmy za pośrednictwem biura ArTThai pana Leszka Limeryka. W naszym przypadku nie zadecydowała bariera językowa, a bardzo przystępne ceny, konkurencyjne do tych "z ulicy". Kontakt jest szybki i łatwy, organizacja bardzo dobra. Trzy z czterech wycieczek organizowane były przez miejscowe biuro Barracuda, zastrzeżenia mogę mieć tylko do jednej z nich, ale o tym później. Od razu napiszę, że każda wycieczka rozpoczyna się i kończy tak samo - rano sprzed hotelu odbiera Was bus/songtaew i zostawia w tym samym miejscu popołudniu. Cała przyjemność trwa około 8-9 godzin - od 8 do 16 lub 17 - czyli można się i wyspać, i ma się popołudnie dla siebie. 

Pierwsza miejsce, do którego wybraliśmy się na wycieczkę to tzw. Wyspa Bonda. Skąd taka filmowa nazwa? A stąd, że wysepka zagrała w filmie Człowiek ze Złotym Pistoletem, opowiadającym o przygodach nieustraszonego i niezłomnego agenta Jej Królewskiej Mości. Film wartości miernej, ale oczywiście obejrzałam go przed wyjazdem (podobnie jak traktujący o tsunami z 2004 roku film Niemożliwe, co było pomysłem jeszcze gorszym). Wyprawa rozpoczęła się z samego rana od przejazdu (klimatyzowanym) busem do portu u wejścia do zatoki Phang Nga, gdzie przesiedliśmy się na łódkę. Wtedy zaczęła się zabawa. 

Wyspa Jamesa Bonda

Wyspa Jamesa Bonda

Płynąc wśród rozbryzgujących się fal, wysokich skał sterczących z morza i drzew namorzynowych dopłynęliśmy do Khao Phing Kan, czyli wyspy Jamesa Bonda, z której roztacza się widok na, przypominającą maczugę, wysepkę Koh Tapu. Po raz kolejny w czasie tych wakacji mieliśmy szczęście, bo gdy dotarliśmy na miejsce poza naszą wycieczką nie było tam właściwie nikogo. Spokojnie można było zrobić zdjęcia bez tłumu nieznajomych w kadrze. Sama wyspa, której największą atrakcją są dwie potężne opierające się o siebie skały, nie jest jakaś oszałamiająca, ale fajnie przypomnieć sobie sceny z filmu i przez chwilę poczuć jak biegająca po plaży, bajecznie zgrabna Britt Ekland, w roli Dobranocki. Uwaga. Pobyt na Phing Kan to jedyny moment w czasie tej wycieczki kiedy można popływać - jak dla mnie jednak woda była zbyt mulista i nie skusiłam się ;)

James Bond Island
Jeden z najbardziej znanych tajskich widoków - Ko Tapu.

James Bond Island
Prawie jak dziewczyna Bonda. Prawie robi (dużą) różnicę.

Kolejny etap, który podobał mi się najbardziej, to pływanie kajakami morskimi w rejonie Lot Cave. Co prawda poziom wody był zbyt niski, by w pełni podziwiać drzewa namorzynowe, ale i tak było super. I co najważniejsze nie wymagało wysiłku, bo każda para miała swojego kajakowego szofera (ok, za to trochę mi wstyd, zwłaszcza, że pan, który kierował naszym kajakiem był drobnej postury). W czasie tego pływania najbardziej zachwyciły nas wyskakujące z wody i połyskujące w słońcu jaszczurkopodobne stwory. Jak się po powrocie okazało (dziękuję Wikipedio!) były to poskoczki mułowe, ryby z rodziny babkowatych. Co ważne, na kajak można wziąć tylko rzeczy o niewielkiej wartości materialnej (lub wodoodoporne), bo ryzyko ich utopienia jest spore. My wzięliśmy tylko portfele, telefony i aparaty, reszta została na dużym statku-przystani.

Wyspa Jamesa Bonda
Kajakujemy.

Wyspy Jamesa Bonda
Namorzyny, wcześniej znane tylko z podręczników biologii i geografii.

Namorzyny
Poskoczek mułowy - podróże kształcą.

Po kajakowaniu nadszedł czas na zasłużony odpoczynek - obiad Koh Panyee - w wiosce na wodzie, należącej do muzułmańskich cyganów. Niestety, w części gdzie nas wysadzono, próżno było szukać folkloru i prawdziwej kultury, ale jedzenie były całkiem smaczne. 

Phang Nga
Wioska najlepiej wygląda z wody.

Phang Nga


Obiad to właściwie początek końca (wycieczki). Znów wsiedliśmy do łódki i dopłynęliśmy do portu, gdzie przesiedliśmy się minibusa. Kolejny przystanek to wodospad (o nieznanej mi nazwie) z możliwością kąpieli. Na mnie (i na większości uczestników) nie zrobił wystarczająco zachęcającego wrażenia, by do niego wejść, ale samo miejsce było dość ładne. Najbardziej spodobał mi się tam wiszący most. Spotkaliśmy też dzikie zwierzęta - kury i mrówki ;)

Wycieczka na wyspę Jamesa Bonda
Pojedyncze (odważne) jednostki zdecydowały się na kąpiel w wodospadzie.



Jeśli jesteśmy już przy zwierzętach, to były one gwiazdami ostatniego punktu wycieczki, którym była Świątynia Małp. Sama, położona w jaskini, świątynia nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Ot kilka posągów (gdzie im do bangkockich!). Natomiast zamieszkujące ją małpy są absolutnie fantastyczne, popatrzcie sami.

Wejście do Świątyni Małp.


Przed wejściem można było kupić banany dla małpek.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Na dodatek małpiszon postanowił kichnąć.

Najsłodsza z małp.
Po wizycie w świątyni ruszyliśmy w drogę powrotną. Chyba na skutek zatrucia tlenem większość wycieczkowiczów zasnęła snem sprawiedliwego. Ja podziwiałam przez okno niesamowitą przyrodę wybrzeża Krabi, nigdy wcześniej nie widziałam tak rozbuchanej roślinności. Bajka.