Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lutego 2015

Dzień dziesiąty - ostatni - Pizza w Neapolu

Wstyd się przyznać, ale trasę naszej przechadzki po stolicy Kampanii wyznaczyły dwie najbardziej znane neapolitańskie pizzerie - Da Michele i Di Matteo.

Pierwsza z nich, położona przy Via Cesare Sersale, zasłynęła tym, że w filmie Jedz, módl i kochaj się jadła tam Julia Roberts. Filmu nie oglądałam, ale pizzy spróbowałam. Faktycznie smakowała mi, mocno przypieczone brzegi, cieniusieńkie ciasto i przepyszny sos ze świeżych pomidorów, to to, co tygryski lubią najbardziej. Niestety samo miejsce bardziej przypomina fabrykę pizzy, niż klimatyczną knajpkę. Okazuje się, że film zrobił więcej złego, niż dobrego, bo tłumy walą tu drzwiami i oknami (a podobno Da Michele była dobrze znana już wcześniej). Aby opanować hordy turystów (i miejscowych) wprowadzono system numerków. Zaraz po przybyciu należy udać się do środka i wziąć karteczkę z numerem, a następnie cierpliwie czekać aż jeden z kelnerów wywoła naszą kolej (uwaga, krzyczą wyłącznie po włosku). Nam przyszło czekać chyba około 40 minut. Gdy już uda się usiąść przy jednym z bardzo ciasno poustawianych stolików, należy podjąć trudną decyzję i wybrać jeden z dwóch (!) rodzajów pizzy: margheritę lub margheritę z podwójnym serem. Dodatkowo można dokupić napój (na pewno były cola i woda) i już można rozkoszować się jedzeniem. Oczywiście w bliskim otoczeniu kilkudziesięciu obcych ludzi i mając świadomość ilu nieszczęśliwców czeka w upale na dworze, nie ma się ochoty celebrować posiłku. Generalnie uważam, że warto odwiedzić to miejsce, po to choćby aby się przekonać, że wolałoby się zjeść nawet nieco gorszą pizzę, ale w bardziej klimatycznym miejscu.

Z drugą pizzerią, którą odwiedziliśmy, Di Matteo, związana jest inna postać amerykańskiej, ba nawet światowej (pop)kultury, a mianowicie Bill Clinton. Podobno były amerykański prezydent jadł tutaj w czasie swojej wizyty w Neapolu w 1994 roku. Także ten, położony przy Via dei Tribunali lokal na brak klientów nie narzeka, ale jednak jest tam więcej miejsca. Bardziej pasował mi też wystrój, równie prosty jak w pierwszej pizzerii, ale dzięki brakowi zdjęć z planu filmowego, a dzięki obecności starych plakatów reklamowych atmosfera miała w sobie coś szczególnego. Menu w Di Matteo jest znacznie szersze niż w Da Michele, ale sama nie wiem czy to dobrze. Pizza, którą wybraliśmy, była niezbyt smaczna, miała zdecydowanie za dużo składników, przez co była trochę rozmoczona i za ciężka. Cóż, przerost formy nad treścią. Przynajmniej część pretensji mogę mieć sama do siebie, bo trzeba było wybrać placek z mniejszą ilością dodatków, w końcu nawet gdy sama robię pizzę, to oprócz sosu i sera daję maksymalnie 2 inne składniki.

Dla porządku:

Da Michele: klik
Di Matteo: klik

Tym samym kończę moje włoskie wspominki, a już w przyszłym tygodniu przeniesiemy się w bardziej egzotyczne miejsce :)


Da Michele.

Pizzeria Da Michele - rekomendowana przez wielu.

Pizza w Da Michele.

Menu w Di Matteo.

Pizza z Di Matteo.


Di Matteo - w tym samym miejscu od 1936.

czwartek, 12 lutego 2015

Dzień dziesiąty - ostatni - Neapol

Warto było czekać 10 dni, aby zobaczyć Neapol i... umierać, umierać z przejedzenia pizzą oczywiście. Nie ma ani krztyny przesady w tym, że pizza, w miejscu, z którego pochodzi, smakuje absolutnie wyjątkowo. O tym będzie osobny wpis, na razie wrażenia z samego miasta.

Nasza znajomość ze stolicą Kampanii rozpoczęła się dworcu kolejowym - Stazione di Napoli Centrale, gdzie dotarliśmy pociągiem z Salerno. Bagaże zostawiliśmy w przechowalni* i ruszyliśmy na podbój miasta. Czy się chce czy nie, główne wyjście z dworca prowadzi na najbardziej znany i najmniej uroczy plac Neapolu - Piazza Garibaldi. Wiem już, że gdy kiedyś przyjedziemy tu na dłużej, na pewno nie wybierzemy żadnego z licznych hoteli, które są przy nim położone. Plac jest brudny i bardzo głośny. OK, reszta miasta też czystością i ciszą nie grzeszy, ale gdy człowiek zanurzy się w centro storico, to nagle te dwie wady stają się zaletami i stanowią o jego niesamowitym klimacie. Myślę, że przy dłuższym pobycie zdecyduję się na jeden z apartamentów/pensjonatów położonych przy malowniczej uliczce Via San Gregorio Armeno.

Mimo, że w Neapolu byliśmy zaledwie kilka godzin, to okazał się on moją wisienką na włoskim torcie.  Tu, w końcu, w 100% dopisała nam pogoda, było gorąco i słonecznie, tak jak na południu Włoch być powinno. W taki dzień (i mając tak mało czasu) zdecydowaliśmy się nie zwiedzać miasta punkt po punkcie, ale zanurzyć się w labirynt uliczek, by chłonąć je wszystkimi zmysłami (ostrzegam, zapachy nie zawsze są rewelacyjne). Neapol skojarzył mi się z Palermo. Wąziutkie uliczki, zniszczone kamienice, stare vespy, kolorowe pranie suszące się wysoko nad głową, temu nigdy nie mogę się oprzeć i przejść obojętnie. Robię zdjęcie, za zdjęciem i napawam się atmosferą.

Niestety czas odjazdu nadszedł bardzo szybko. Na lotnisko Aeroporto di Capodichino** zdecydowaliśmy się pojechać autobusem linii Alibus. Autobus odjeżdża z okolic Piazza Garibaldi, a bilety można kupić w jednym z wymienionych w linku kiosków/barów (za 3 euro) lub u kierowcy (za 4 euro). Przejazd trwa około 20 minut.

Już jadąc do Neapolu, spodziewałam się, że kiedyś będę musiała tam wrócić. Okazało się, że się nie myliłam, wrócę na pewno, na dłużej. Apetyt, nie tylko na pizzę, został zaostrzony.

 * Przechowalnia nazywa się KiPoint, położona jest w pobliżu peronu 5, a koszt to 6 euro za pierwszych 5 godzin i 90 centów za każdą następną. Zostawiając bagaże trzeba pokazać dokument tożsamości, a odbiera się go za okazaniem specjalnego kwitka. Ja czułam, że nasz bagaż w tym miejscu jest bezpieczny.

** Lotnisko nie jest duże, oferta sklepów nie oszałamia, nie ma co jechać tam wcześniej, bo bez dobrej książki można się wynudzić.

Katedra św. Januarego w Neapolu.

Mały piłkarz na neapolitańskiej starówce.

Jest i Vespa.

Wąska uliczka starego miasta.

Majestatyczny Wezuwiusz w tle.



wtorek, 10 lutego 2015

Wybrzeże Amalfi - dzień dziewiąty - Positano

Positano, do którego wybraliśmy się w przedostatni dzień naszych włoskich wakacji, to podobno najbardziej snobistyczna miejscowość na półwyspie sorrentyńskim. Faktycznie nie ma uroku Ravello, ani luźnej atmosfery Amalfi, a już tym bardziej małomiasteczkowej Maiori, ma za to wygórowane ceny. Na pierwszy rzut oka widać, że sklepy i restauracje czekają na inną klientelę, niż we wcześniej wymienionych miejscowościach.

Skąd sukces Positano? Poza dobrym marketingiem ;) wynika on z absolutnie fenomenalnego położenia na stromym zboczu, opadającym wprost do morza. Widoki na miasteczko z góry są przepiękne: lawina pastelowych domków, kolorowa, majolikowa kopuła kościoła i turkusowa woda w tle. Większość zdjęć w przewodnikach i na pocztówkach pochodzi właśnie stąd. Zabudowa w Positano jest typowa dla południowych Włoch - uliczki są wąskie i strome, a malownicze domy stoją jeden tuż przy drugim. Tłumy turystów, którzy poschodzili właśnie ze swoich statków wycieczkowych, psują jednak trochę efekt.

W Positano warto patrzeć pod nogi, szczególnie w okolicach kościoła Santa Maria Assunta, bo w chodniki wbudowane są kolorowe mozaiki, stylem nawiązujące do Picassa, który był częstym gościem miejscowości (gdy jeszcze nie była ona tak słynna). Zwróćcie też uwagę na oryginalne mozaikowe kolumny i leżaki.  

Aha, na koniec najważniejsze. Do Positano dotarliśmy autobusem i był to zdecydowanie trafiony pomysł. Dużych parkingów w okolicy miasteczka brak, a ulice jak już wspominałam są wąskie, o miejsce parkingowe byłoby trudno nawet w maju. Autobus zatrzymuje się w górnej części miasta, do centrum trzeba dojść na pieszo (a później wrócić, nie jest lekko, ale widoki pierwsza klasa)! Podobno, zgodnie z tym co napisali w moim przewodniku, w górę i w dół miasteczka kursują busiki, ale my takiego nie namierzyliśmy. Uważam, że świetną alternatywą jest dotarcie do Positano stateczkiem, na przykład z Amalfi, rozkłady jazdy są tu - transport na Amalfi. My nie zdecydowaliśmy się na to rozwiązanie ze względu na brzydką pogodę (tak! znów było pochmurno i trochę padało, ach ta włoska wiosna).

Widok na Positano z okolic przystanku autobusowego.

Widok na plażę w Positano...

i widok z owej plaży.


Jeszcze trochę amalfitańskiej ceramiki.

Koty wszędzie są piękne.

niedziela, 8 lutego 2015

Wybrzeże Amalfi - dzień ósmy - plażowanie w Maiori

Z założenia pobyt na Wybrzeżu Amalfi miał być wypoczynkowy. Nadszedł więc dzień totalnego relaksu, kiedy nie ruszyliśmy się nigdzie poza nasze Maiori, plażowaliśmy, a na koniec uwieńczyliśmy go przepyszną kolacją. 

Wbrew temu, co piszą przewodniki, uważam, że jest w Europie wiele bardziej atrakcyjnych regionów dla plażowiczów, niż półwysep sorrentyński. Owszem widoki są tu fantastyczne, woda szmaragdowa, nawet piasek, a raczej szarawy żwirek idzie jakoś przeżyć, ale tłumów, które są w sezonie już nie. Cieszę się, że byliśmy w maju, bo plaża, która w lipcu i sierpniu zastawiona jest leżakami, była właściwie pusta. Wbrew temu, czego się spodziewałam, woda w morzu też była na tyle ciepła, aby pozwolić sobie na krótką kąpiel. Jedyna wada, to średnia czystość plaży, ale tej w sezonie też nikt mi nie zagwarantuje.

Wieczorem udaliśmy się na kolację do świetnej knajpki, położonej przy głównym depatku Maiori - Corso Regina. Restaurację, o mało włoskiej nazwie Dedalo,  znalazłam w Tripadvisor - 4,5 gwiazdki w tym serwisie daje sporą szansę na to, że będziemy zadowoleni. Nie zawiedliśmy się, bo i jedzenie było pyszne, i wystrój ładny. Na dodatek można też zjeść na świeżym powietrzu, a to na wakacjach lubimy najbardziej. Z menu polecam absolutnie przepyszną bruschettę, zdecydowanie najlepszą jaką kiedykolwiek jadłam (na dodatek, choć to takie proste danie, nie udało mi się jeszcze odtworzyć tego smaku w domu, cóż będę dalej próbować latem, bo teraz pomidory są, delikatnie mówiąc, plastikowe). Smakowały nam też gnocchi zapiekane w sosie pomidorowym pod mozzarellą z bazylią oraz tagliatelle z ragu.

Plaża w Maiori - widok z ręcznika na lewo.
Plaża Maiori - widok z ręcznika na prawo.

Restauracja Dedalo.

Restauracja Dedalo w Maiori.

Gnocchi w Maiori.




Wybrzeże Amalfi - dzień siódmy - Amalfi

Amalfi, miasto, od którego nazwę wzięło całe wybrzeże, zostało założone około VI wieku i świetnie prosperowało, jako port handlowy, aż do XII wieku. W 1136 najazd Normanów zakończył czasy prosperity. Dziś miasto najeżdżają hordy turystów. A wśród nich także i my. Poza tym, że było naszym miejscem przesiadkowym do innych punktów na półwyspie, to spędziliśmy tam jeszcze dwa miłe popołudnia, spacerując, jedząc lody i pizzę. No właśnie... Nie jest to metropolia na miarę Rzymu, architektoniczna perełka, jak San Gimignano ani przeurocze cudeńko, jak Taormina, ale na wiosenny relaks, to miejscówka w sam raz (choć przyznaję, że może trochę przereklamowana).

Najbardziej efektownym budynkiem w Amalfi jest katedra św. Andrzeja. Górująca nad Piazza Duomo czarno-biała świątynia przyciąga spojrzenia już z daleka. Przyznam się szczerze, że do środka nie wchodziliśmy, ale posiedzieć na schodach i pogapić się na ludzi w dole było całkiem miło.

To co spodobało mi się na całym wybrzeżu i w samym Amalfi także, to zamiłowanie do ceramiki. Nie tylko numerki na drzwiach, ostrzeżenia przed złym psem, ale także napisy nad budynkami użyteczności publicznej czy sklepami są porcelanowe (czy może raczej porcelitowe). To bardzo miły akcent. Oczywiście w co drugim sklepie można kupić kubki, kubeczki, talerze i talerzyki w lokalne wzory. Jeśli nie lubicie tego rodzaju wyrobów, lub nie macie już miejsca w bagażu, to Amalfi słynie także z papieru czerpanego. Mnóstwo tu sklepików z kartkami, obrazkami i piękną papeterią.

Na początku XX wieku Amalfi było bardzo popularne wśród brytyjskich arystokratów, którzy przyjeżdżali tu na wakacje. Aby poczuć atmosferę tamtych czasów (z której niestety nic już nie pozostało) można obejrzeć film Porządna kobieta z Helen Hunt i Scarlett Johansson. Film sam w sobie arcydziełem nie jest (choć i ja z krytyką filmową wiele wspólnego nie mam), ale widoki pierwsza klasa. Nie wiem jak Wy, ale ja przed wyjazdem lubię oglądać filmy, które dzieją się w miejscu, gdzie się wybieram.

Dzień VII: Zwiedzanie Ravello - Wizyta w Villa Cimbrone (Ravello) - Spacer z Ravello do Atrani - Amalfi

Pozdrowienia z Amalfi :)

Po długiej przechadzce dobrze usiąść na wysokich katedralnych schodach.

Katedra św. Andrzeja w Amalfi

Amalfi

Poczta włoska w Amalfi.


czwartek, 5 lutego 2015

Wybrzeże Amalfi - dzień siódmy - z Ravello do Amalfi

Wybrzeże Amalfitańskie to raj dla spacerowiczów. Jeżeli w dzień, kiedy zaplanowaliście zwiedzanie Ravello, będziecie dysponowali trochę większą ilością czasu, polecam przechadzkę w dół, aż do miasta Amalfi. Trasa, która wiedzie przez dzikie zbocza i urocze miasteczko Atrani, jest naprawdę śliczna, szczególnie w majowe, słoneczne południe.

Zanim się jednak w nią wybierzecie kilka wskazówek:

- właściwie całą drogę idzie się po schodach, jest to dość obciążające dla nóg, szczególnie dla kolan;
- w związku z powyższym nie  polecam jej rowerzystom, ani osobom z małymi dziećmi (w wózkach);
- warto założyć wygodne buty z grubszą podeszwą, bo ścieżka jest dość zaniedbana i łatwo się na niej poślizgnąć;
- nie jest potrzebna żadna specjalistyczna mapa, szlak, przez grzeczność nie nazwę go szlaczkiem, jest bardzo dobrze oznakowany.

Nie jestem dobra w opisach przyrody (niestety niewiele mam wspólnego z Orzeszkową), dlatego nie skupiam się na nich, tylko załączam kilka zdjęć: turkusowego morza, cytrynowych sadów i jednej z wielu jaszczurek, które spotkaliśmy po drodze. Co za szkoda, że fotografie nie oddają zapachów i dźwięków - brzęczenie pszczół towarzyszyło nam przez cały czas.

Dzień VII: Zwiedzanie Ravello - Wizyta w Villa Cimbrone (Ravello) - Spacer z Ravello do Atrani - Amalfi

Zaraz za Ravello - gdy nie ma schodów, ścieżka wygląda mniej więcej tak.

Moje ulubione połączenie - zieleń liści, żółcień cytryn i turkus morza w tle.

Jedna z wielu jaszczurek na trasie. Fajna, prawda?

W dole Atrani, w górze ja.

Białe Atrani.

Miasteczko Minori widziane z Atrani.



piątek, 30 stycznia 2015

Wybrzeże Amalfi - dzień siódmy - Villa Cimbrone

W czasie, kiedy spacerowaliśmy po Ravello, chmury pomału chowały się za górami i ustępowały miejsca słońcu. Dla nas idealnie, ponieważ na koniec zaplanowaliśmy wizytę w ogrodach willi Cimbrone.

Powiedzmy sobie szczerze, o ile kocham zwierzęta, to miłośniczką flory, a co za tym idzie ogrodów nie jestem. To znaczy, potrafię rozpoznać podstawowe gatunki roślin i docenić szeroko pojęte ich piękno, ale żeby zachwycać się każdym kwiatkiem i podziwiać każdy listek, to już nie moja bajka. Musiałam jednak zobaczyć miejsce, o którym Andre Gide powiedział, że "bliżej mu do nieba, niż do morza" i gdzie Greta Garbo spędziła wakacje. Nie zawiodłam się. Samemu ogrodowi stylem bliżej do założeń angielskich, niż francuskich. Widać, że Włosi nadmiernie nie przykładają się do jego utrzymania w porządku, a dzięki temu ma w sobie sporo dzikości. To taki trochę tajemniczy ogród.

Tym, co autentycznie rzuca na kolana są krajobrazy rozciągające się z Villa Cimbrone. Szczególnie zachwycające są widoki z tzw. Belwederu i jest to chyba najczęściej fotografowane miejsce na terenie posiadłości. Białe posągi pięknie odcinają się od błękitnego nieba i szmaragdowego morza w oddali. Gdy spojrzy się dół widać ukwiecone strome zbocza, które mi trochę przypominały Cabo Girao na portugalskiej Maderze*. Ach, jak dobrze, że wyszło słońce, bez niego nie byłoby tak wspaniale.

Wraz z biletem wstępu dostaje się mapkę, na której zaznaczone są najważniejsze punkty i wytyczona trasa między nimi. Warto nią podążać, bo niby teren nie jest duży, a łatwo coś przeoczyć.

Zapomniałam dodać, że obecnie Villa Cimbrone mieści hotel. Z ciekawości sprawdziłam cenę. Przykładowo 2 noce w maju tego roku, kosztują bagatela 4070 złotych dla 2 osób w najtańszej opcji (portal booking.com).

* Madera to mój przyrodniczy nr 1 w Europie, mam nadzieję już wkrótce o niej trochę napisać.

Godziny otwarcia: codziennie od 9 do zachodu słońca
Koszt:  7 euro
Adres: Via Santa Chiara 26, 84010 Ravello, Włochy
Strona internetowa: klik

Dzień VII: Zwiedzanie Ravello - Wizyta w Villa Cimbrone (Ravello) - Spacer z Ravello do Atrani - Amalfi

Ogrody Villa Cimbrone.

Widok z Belwederu, to on przypomniał mi Maderę.

Belweder.

Fantastyczny żywopłot.

Ogrody.

Mój ulubiony widok z Villa Cimbrone.

Villa Cimbrone.

wtorek, 27 stycznia 2015

Wybrzeże Amalfi - dzień siódmy - zwiedzanie Ravello

To już ponad dwa miesiące zaniedbywania bloga. Basta. Pora wrócić do pisania, bo od powrotu z Włoch niedługo rok minie. Za 2 miesiące kolejny wyjazd, a do opisania jeszcze dwie wycieczki, które za nami. Do roboty zatem.

Przed wizytą w Ravello zadawałam sobie pytanie, czy tam jest rzeczywiście tak pięknie, jak opisują to przewodniki, czy też może jest to miejsce trochę przereklamowane? Ponieważ cytrusowe sady, kamienne uliczki oraz ręcznie malowana ceramika wystarczą, aby zmiękczyć moje serce, przyłączam się do peanów. Nie przeszkadzało mi nawet pochmurne niebo, które towarzyszyło nam tego poranka, a wręcz uznałam je za malownicze.

Ze względu na to, że w Ravello, tak jak i w Sorrento brak zabytków klasy 0, zdecydowaliśmy się po prostu na spacer. Oczywiście nie zabrakło na naszej trasie punktów obowiązkowych, ale chodziliśmy między nimi raczej chaotycznie. No bo ja nie zatrzymać się na tarasie widokowym, położonym zaraz obok przystanku autobusowego i nie zrobić zdjęć wierzchołkom pagórków zanurzonych w chmurach. No bo jak ominąć te wszystkie sklepy z ceramicznymi cudeńkami i nie kupić sobie uroczego numerka na drzwi (upstrzonego obowiązkowo cytrynowymi gałązkami). No bo jak też nie zatrzymywać się przy każdej porcelanowej tabliczce, ostrzegającej przed złym amalfitańskim psem.

Najważniejsze zabytki w Ravello to katedra oraz dwie wille otoczone wspaniałymi ogrodami - Villa Rufolo i Villa Cimbrone, tej ostatniej poświęcony będzie osobny wpis. Katedra św. Pantaleona stoi przy placu katedralnym (czyli Piazza Duomo) w samym centrum miasteczka. Radzę się tam wybrać od rana, około 10 było tam jeszcze całkiem spokojnie, a plac przy którym dopiero otwierały się sklepiki i restauracje miał dużo, takiego lekko sennego jeszcze, uroku. Katedra została wybudowana w XI wieku i zachwyca swą prostotą. Mnie zauroczyło jej surowe, jasne wnętrze i dosyć prymitywne, a jednak bardzo efektowne mozaiki. Szczególnie ciekawa jest ta przedstawiająca biblijną przypowieść o Jonaszu i wielorybie. Zwróćcie też uwagę na sympatyczne (chyba nie powinnam używać tego słowa w tym kontekście) lewki u podstawy dużej ambony po prawej stronie nawy głównej. W katedrze znajduje się relikwia, związana z postacią jej patrona - św. Pantaleona, a mianowicie ampułka z jego krwią. Podobno krew ta co roku, w lipcu, zmienia stan skupienia ze stałego w ciekły.

Czytałam, że Ravello to ulubione miejsce amalfitańskiej śmietanki, wcale im się nie dziwię, gdybym mogła, bywałabym tu co roku wiosną. Za dowód, jak mi się tam podobało, niech posłuży ilość zdjęć dodanych do tego wpisu.

Dzień VII: Zwiedzanie Ravello - Wizyta w Villa Cimbrone (Ravello) - Spacer z Ravello do Atrani - Amalfi

Widok z tarasu widokowego, tego obok przystanku autobusowego.

Piazza Duomo

Katedra św. Pantaleona

Jonasz zjadany przez uwaga - wieloryba. Uderzające podobieństwo, czyż nie ;)

Pyza na włoskich dróżkach.

Jest Vespa, jest dobrze :)

Strzeż się psa.

Mój dom jest otwarty dla słońca, przyjaciół i gości.

Widok z Ravello w słońcu.


sobota, 22 listopada 2014

Wybrzeże Amalfi - dzień siódmy - między niebem a ziemią czyli Ravello, Atrani i Amalfi

Siódmy dzień naszej wycieczki okazał się najpiękniejszym spędzonym na Wybrzeżu Amalfi, o czym postaram się przekonać Was w 4 następnych wpisach. Niezniechęceni brzydką pogodą (kolejny raz obudziły nas chmury, ale przynajmniej już nie padało), zdecydowaliśmy się wybrać do Ravello, oddalonego od Maiori o 10 kilometrów. Wydaje się, że to niedaleko, ale tradycyjnie musieliśmy najpierw dostać się do Amalfi, a dopiero stamtąd udać się wysoko w górę, do Ravello. Jazda autokarem, dodajmy nie pierwszej młodości, który zawraca tuż nad przepaścią, dostarcza silnych wrażeń. Ponieważ wyruszaliśmy wcześnie udało nam się wykorzystać kupiony dzień wcześniej bilet 24-godzinny.

Rozkład dnia:

1) Zwiedzanie Ravello
2) Wizyta w Villa Cimbrone (Ravello)
3) Spacer z Ravello do Amalfi
4) Amalfi

Widok z Villa Cimbrone

Ravello


Atrani

Amalfi