Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transport. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 maja 2016

Bruksela - dojazd z lotniska i transport miejski

Jeśli wybieracie się do Brukseli jedną z tanich linii, to de facto przylecicie nie do niej, a do oddalonego o około 60 kilometrów Charlerois. Dojazd do stolicy Belgii nie będzie stanowił problemu, bo opcji jest kilka, ale czasem może przewyższać lub równać się z kosztem biletu lotniczego. Ot, urok "taniego" podróżowania. 



Najprościej dojechać z Charlerois do Brukseli jednym z autobusów Shuttle Bus. Najbardziej popularny przewoźnik to Flibco: klik. Trzeba pamiętać, że z reguły im wcześniej kupuje się bilet, tym taniej, ale nie ma reguły bo Flibco często organizuje promocje. W tej chwili koszt dla jednej osoby, w dwie strony, na sierpień wynosi 15 euro, a Flibco na swojej stronie gwarantuje, że przejazd w jedną stronę nie będzie wynosił więcej niż 14 euro. Transfer z lotniska do centrum miasta oferują też niektóre linie lotnicze. Warto sprawdzić, my skorzystaliśmy z oferty Wizz Shuttle Bus, która była zdecydowanie najtańsza (przed chwilą sprawdziłam - 84 złote za 2 osoby w 2 strony), a dobrze skorelowana z godzinami odlotu. Busik jeździ z lotniska Charlerois do dworca Gare du Midi. Kolejnym rozwiązaniem jest skorzystanie z pociągu, ale wymaga ono trochę więcej gimnastyki - autobusem trzeba dostać się na dworzec kolejowy w Charlerois i dopiero tam się przesiąść. To wyjście jest także droższe.

Gdy pierwszy raz dotarliśmy na dworzec Gare du Midi było już ciemno i zrobił na mnie jak najgorsze wrażenie. Jego okolice są bardzo brudne, a zapachy jakie tam się unoszą bardzo chciałabym zapomnieć. W dzień wygląda tylko trochę lepiej. Niemniej jest to wygodne miejsce przesiadkowe, bo zaraz obok znajdują się przystanki autobusowe i stacja dwóch linii metra: 2 i 6. 

Jedna ze stacji metra w Brukseli.

Metro w Brukseli bardzo łatwo opanować, ma tylko 4 linie (oraz 3 dodatkowe linie tzw. premetra), jest bardzo dobrze oznakowane i pokrywa 80% miejsc, które warto w tym mieście zobaczyć. Tak naprawdę poza metrem korzystaliśmy tylko raz z tramwaju - gdy chcieliśmy zobaczyć muzeum Horty w dzielnicy Chatelain i raz z autobusu do Gare du Midi, w drodze powrotnej na lotnisko. Przed wyjazdem warto zapoznać się ze stroną STIB - klik, gdzie pięknie rozrysowane są wszystkie mapy oraz znajduje się planer podróży (polecam). Metro kursuje od 5:30 do północy, później pozostają autobusy miejskie i taksówki. 

stacja Schuman
Zjazd do stacji metra Schuman w Dzielnicy Europejskiej.

Jednorazowy bilet, obejmujący całą sieć transportu miejskiego Brukseli (STIB) kosztuje 2,1 euro (2,5 jeśli kupowany jest w pojeździe), natomiast całodniowy 7,5 euro. Nie muszę chyba pisać, że warto przemyśleć wcześniej ile będzie się jeździć i wybrać najlepszą dla siebie opcję. Bilety można kupić w kioskach i w automatach na stacjach/przystankach.

Maelbeek station
Stacja metra Maelbeek.


czwartek, 12 listopada 2015

Jeśli dziś czwartek - jesteśmy w Belgii.

Pozwoliłam sobie na małą parafrazę tytułu nienajlepszego, ale za to znanego filmu, aby rozpocząć wędrówkę po stolicy Belgii. Do Brukseli wybraliśmy się ponad rok temu, na długi sierpniowy weekend. Dlaczego wtedy? Bo mieliśmy ochotę na kilka dni w jednej z europejskich stolic, a wolne dni ułożyły się wyjątkowo fortunnie (15 sierpnia w czwartek). Dlaczego tam? Przyczyna nr 1 (prozaiczna) Wizz rzucił taniutkie bilety. Przyczyna nr 2 (ważniejsza), do wyjazdu zachęciła mnie moja koleżanka Dżanet, która pięknie opowiadała o swoich spacerach po tym mieście. Przyczyna nr 3 (wzniosła), bo w Brukseli mieszkał i tworzył Victor Horta, mistrz secesji, którą uwielbiam.

Na zwiedzanie mieliśmy pełne 3 dni - do Charleroi przylecieliśmy wieczorem w czwartek, a odlatywaliśmy z powrotem do Warszawy w niedzielę wieczorem. Na Brukselę to czas w sam raz, z powodzeniem można wszystko zwiedzić, posiedzieć przy piwie i pobłąkać się po uliczkach starego miasta w poszukiwaniu bohaterów słynnych komiksów.

16.08.2015 dzień II A na nasz przyjazd rozkładają tu dywan
17.08.2015 dzień III Secesyjny
18.08.2015 dzień IV Samochody i powtórka z rozrywki

Na początek kilka mniej oczywistych, ale za to klimatycznych ujęć.

Muzeum Instrumentów Muzycznych w Brukseli
Muzeum Instrumentów Muzycznych 


Grand Place
Przy Grand Place


Skojarzyło mi się z Allo, Allo, choć kraj nie ten

Muzeum Komiksów

La Cremerie. Bajeczny wybór serów i wspaniałe kanapki.


Autoworld

sobota, 7 listopada 2015

Tajlandia - dzień piętnasty - Plaża Phra Nang

Nadeszły ostatnie chwile naszych pierwszych, ale nie ostatnich, tajskich wakacji. Specjalnie wylot zaplanowaliśmy tak, aby cały ostatni dzień spędzić jeszcze na miejscu, nacieszyć się słońcem, morzem i plażą. W tym celu idealna wydawała się plaża księżniczki - Phra Nang Beach, uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie. Byliśmy już tam wcześniej, na koniec wycieczki na cztery wyspy, ale pochmurne niebo i nadchodzący deszcz nie pozwoliły docenić jej uroku. 

Plaża na Krabi
Plaża Phra Nang

Dostać się na plażę Phra Nang jest wyjątowo łatwo (a na dodatek klimatycznie). Z kilku punktów w Ao Nang, a także i z naszej plaży Nopparath Thara pływają łódki długorufowe. Trzeba tylko podać miejsce, gdzie chce się płynąć, zapłacić 200 bahtów za bilet w dwie strony i za kilkanaście minut jest się na miejscu. Teraz wystarczy już tylko znaleźć miejsce do plażowania, rozłożyć ręcznik i można odpoczywać.

Jedna z wielu łodzi długorufowych.

Nie będę opisywać szczegółowo plaży, bo widać ją na zdjęciach. Zaznaczę jedynie, że woda była tam wyjątkowo spokojna, pływało się jak w pięknym, szmaragdowym basenie. 

Krabi

Krabi

Krabi

Krabi


Przy końcu plaży znajduje się jaskinia wypełniona... fallusami. Wykonane z rozmaitych materiałów męskie przyrodzenia przedstawiają ponoć boga-Sziwę i są ofiarowywane przez lokalnych rybaków i żeglarzy, żeby zapewnić sobie spokój na morzu.

Krabi
Jaskinia Phra Nang

Nam najwięcej radości dostarczyły jednak śmigające nad naszymi głowami małpy. Myli się ten, kto myśli, że to miłe, wesołe zwierzątka. Owszem, wyczyniają małpie figle, które można obserwować godzinami, ale też od czasu do czasu lubią się czymś posilić i najczęściej są to owoce czy też inne smakołyki plażowiczów. Jeżeli w okolicy są małpy, trzeba na swoją własność bardzo uważać, gdyż są to zwierzęta wyjątkowo uparte i sprytne.


Kochająca małpia mama. Wzruszające obrazki.



Po plażowaniu wróciliśmy do hotelu odświeżyć się przed podróżą. Niestety ze względu na szczyt sezonu nie było możliwości przedłużenia pokoju, ale nasz Holiday Inn miał porządne prysznice, z których można było skorzystać już po wymeldowaniu (w recepcji dostaliśmy komplet świeżych ręczników). Piszę o tym celowo, bo sama potrzebowałam takich informacji przed wyjazdem. Przejazd z hotelu na lotnisku zamówiliśmy w Krabi Shuttle. Wyszło trochę drożej niż lotniskowym busem (chyba 600 bahtów), ale za to w bardzo komfortowych warunkach. Z Krabi do Bangkoku lecieliśmy Bangkok Airways, specjalnie wybraliśmy znów te linie, bo latają na lotnisko Suvarnabhumi, z którego przez Dubaj odlatywaliśmy do Warszawy. Tym razem przesiadka w Dubaju trwała tylko trochę ponad 1,5 godziny i o 11:45 przed południem dnia następnego nasze stopy stanęły w zimnej, mokrej i wietrznej stolicy. Brrr.

Pogoda się zepsuła, jakby chciała przygotować nas na powrót do polskiej rzeczywistości.

To już koniec tajskich opowieści. Od nowego tygodnia pora na nowe miejsce. Sama nie wiem które? Madera, Bruksela czy może Singapur. Muszę pomyśleć :)




czwartek, 18 czerwca 2015

Tajlandia - dzień ósmy - z Bangkoku do Ao Nang

W końcu nadszedł upragniony dzień - przeniesienia się z wielkiego miasta na rajskie plaże południowej Tajlandii. Jak już pisałam na samym początku, ze względu na pogodę, zdecydowaliśmy się na wypoczynek w Ao Nang, na wybrzeżu Morza Andamańskiego, w prowincji Krabi. Głównym węzłem transportowym prowincji jest miasto o tej samej nazwie. Z Bangkoku można tam dotrzeć na wiele sposobów: autobusem, pociągiem (ale tylko do Surat Thani i stamtąd trzeba wziąć autobus/taksówkę) lub też, najwygodniej i najszybciej, - samolotem. My zdecydowaliśmy się na tę ostatnią opcję. Nie lubię latać, ale jeździć autobusem przez całą noc lubię jeszcze mniej.

Suvarnabhumi
Na lotnisku Suvarnabhumi.

Połączenia lotnicze z Bangkoku do Krabi obsługuje wielu przewoźników, każdy z nich organizuje kilka rejsów dziennie: od wczesnego ranka do późnego wieczora. My wybraliśmy linie Bangkok Airways. Przede wszystkim dlatego, że latają z głównego lotniska - Suvarnabhumi, a stamtąd mieliśmy lot powrotny do Polski. Zwróćcie uwagę, że wiele połączeń (m. in. Air Asia) odbywa się z portu tanich linii Don Muang (lata stamtąd między innymi Air Asia). My nie mieliśmy ochoty ostatniego dnia kursować między lotniskami. Poza tym Bangkok Airways mają bardzo dobre opinie, nawet na najkrótszych trasach oferują posiłek (w jedną stronę ciepły i całkiem dobry), no i szczycą się, jako jedyne linie lotnicze na świecie, salonikiem dla klasy ekonomicznej. Muszę przyznać, że całkiem fajnie czekało się na lot w wygodnym fotelu z popcornem w ręce. Bilety dla dwóch osób, w dwie strony, kosztowały około 800 złotych. W cenie był oczywiście bagaż - 20 kg (dopuszczalna nadwyżka to 2 kilo). Linie spodobały mi się na tyle, że w lipcu polecimy nimi znowu :)

Przekąska. W tych zielonych liściach był ryż z fasolą na słodko - o dziwo bardzo ok.

Tą maszyną lecieliśmy.

Sam lot przebiegł bardzo spokojnie, bez najmniejszego opóźnienia wylądowaliśmy w Krabi. Lotnisko nie jest duże, nie sposób się na nim zgubić, a na dodatek obsługa kieruje do właściwej karuzeli bagażowej (a tych, dla których Bangkok był jedynie portem tranzytowym, do kontroli paszportowej). 

Ostatnim etapem podróży nad morze była droga z Krabi do Ao Nang. Miejscowości dzieli tylko 30 kilometrów, a sposobów na dotarcie jest przynajmniej kilka. Pierwsze rozwiązanie, najbardziej komfortowe do zamówienie busa (o tym więcej w drodze powrotnej). Drugie, najtańsze, to dojazd autobusem do centrum Krabi i stamtąd wyprawa songtaewem - czyli mówiąc wprost na pace pick-upa. My wybraliśmy trzecie, wypośrodkowane, busik kursujący między lotniskiem, a wybranym hotelem. Bilet kupuje się w hali przylotów i niezależnie od celu w Ao Nang kosztuje 150 bahtów. Podróż trwa mniej więcej 40 minut do godziny. Widoki po drodze - super. Pionowe skały i bujna roślinność.

Choć mniej więcej po 15 minutach lotu niebo zasnuły chmury i nie rozpogodziło się aż do wieczora. to i tak byłam szczęśliwa. Bo jak mogłoby być inaczej, gdy woda w morzu ma jakieś 28 stopni, a piasek jest miękki jak cukier puder. 

Pierwszy kontakt z Morzem Andamańskim

I pierwszy zachód słońca.


niedziela, 17 maja 2015

Tajlandia - dzień szósty - transport do, z i w Ayutthayi

Nadszedł jeden z najbardziej oczekiwanych dni podczas naszych tajskich wakacji - wycieczka do Aytthayi. Zanim przejdę do meritum, czyli zwiedzania tego fantastycznego miasta, kilka słów o tym, jak do niego dotarliśmy i jak się po nim poruszaliśmy. 

Można podróżować i tak.

Na długo przed wyjazdem jedno było postanowione - do Ayutthayi jedziemy pociągiem. Żadne tam taksówki, minibusy, autobusy, a nawet rejsy łodzią (choć brzmi kusząco, tylko ostatnich kilka kilometrów pokonuje się rzeką, nie dajcie się nabrać). Skoro po Tajlandii tak łatwo podróżować, to pozostaje nam tylko samodzielna wycieczka i kolej. Innej opcji nie było i nie ma.  12 grudnia wstaliśmy więc o świcie, zjedliśmy śniadanie i zamówioną przez hotel taksówką udaliśmy się na dworzec Hua Lamphong. Przejazd z naszej dzielnicy Dusit trwał około 15-20 minut. Byłoby szybciej, ale poranne korki trochę nas spowolniły.

Rozkłady pociągów można sprawdzić na stronie Tajlandzkich Kolei Państwowych: klik. Podobno zmieniają się one częściej niż aktualizowana jest strona, ale w naszym przypadku podane dane się sprawdziły. Inną kwestią jest, że pociągi jeżdżą jak chcą, spóźniają się, przyjeżdżają dwa na raz lub wcale. My, na przykład, bardzo długo czekaliśmy na pociąg powrotny, ten do Ayutthayi ruszył całe szczęście o czasie. Ponieważ zależało nam aby być jak najwcześniej i nie umęczyć się nadto samą podróżą wybraliśmy pospieszny Special Express o 8:30. Według rozkładu miał jechać 1h12 min, w rzeczywistości droga (ok. 80 km) zajęła mu prawie 2 godziny. Pociąg miał miejscówki, a urocze stewardessy rozdawały zimne napoje i słodkie bułeczki. Podróżujący to właściwie sami turyści. W dwóch słowach - nudny luksus. Natomiast w drodze powrotnej, gdy nie zależało nam już zupełnie na czasie, zdecydowaliśmy się na zwykły pociąg osobowy. Czekaliśmy na niego prawie godzinę, klimatyzacji nie było, przekąsek też nie, za to towarzystwo nieporównywalnie ciekawsze. No i cena zgoła inna. Za podróż tam zapłaciliśmy 345 bahtów na osobę (jedna z droższych przyjemności w Tajlandii), a z powrotem chyba koło 30 bahtów. 

Stacja kolejowa w Ayutthayi.

Zanim wsiedliśmy do pociągu sporo czytałam o poruszaniu się po Ayutthayi, większość ludzi polecała rowery, część tuk-tuki. A ja głupia patrzyłam na mapę i chyba zmyliła mnie skala, albo pokonał upał, bo doszłam do wniosku, że odległości są tak nikłe, że będziemy wszędzie chodzić na piechotę. Mój mąż patrzył na mnie jak na szaleńca i nieśmiało sugerował, że nie jest to aż tak małe miasto, ale jak ja się uprę, to nie ma mocnych (silny charakter odziedziczony po babci Zosi ;) ). Maszerowaliśmy dopóki starczyło sił... a potem wzięliśmy tuk-tuka. Za 450 bahtów sympatyczna para zawiozła nas we wszystkie miejsca, które nas interesowały, a później odwiozła na dworzec*. To naprawdę super rozwiązanie. Jak dla mnie (tak, jestem tchórzem) ruch w Ayutthayi jest zbyt duży, by jeździć rowerem, a tuk-tukiem podróżowało się bardzo przyjemnie i szybko. Nie traciliśmy sił na przemieszczanie się między świątyniami, dzięki czemu mogliśmy je dokładnie zwiedzać. A poza tym, być w Tajlandii i tuk-tukiem nie pojeździć? Grzech.

Stylizacja na smerfa lub też, jak się okazało, w kolorach tuk-tuka :)

Nasz wehikuł...

... jak się okazuje wcale niezłej marki ;)

* Stacja kolejowa w Ayutthayi jest po drugiej stronie rzeki niż park archeologiczny. Most jest dość daleko, więc o ile nie bierzecie tuk-tuka, najlepiej skorzystać z promu, kursującego w tą i z powrotem (taka przyjemność kosztuje kilka bahtów).

Ayutthaya
Ayutthaya


czwartek, 9 kwietnia 2015

Transport w Bangkoku

Muszę przyznać, że przed wyjazdem do Bangkoku nieco obawiałam się poruszania się po tym mieście. Bądź co bądź, to stolica całkiem dużego kraju, na dodatek licząca sobie ponad 8 mln mieszkańców. Komfortu psychicznego nie poprawiała myśl, że obowiązuje tam kompletnie inny alfabet i na domiar złego ruch lewostronny. Tak jak przed wyjazdem do Rzymu, Brukseli czy Londynu mogłam rozkład metra i autobusów sprawdzić jeszcze w domu, w Internecie, tak tu nie miałam żadnej pewności czy szczątkowe informacje, które udało mi się znaleźć pozwolą mi spokojnie dotrzeć w wybrane miejsce.  Dziś wiem, że te obawy były kompletnie niepotrzebne.

TAKSÓWKI

O moim najmniej ulubionym środku transportu - taksówkach, pisałam trochę już tu. Korzystaliśmy z nich raptem 4 razy, jak już zupełnie nie było innego wyjścia. Taksówki w Bangkoku są bardzo tanie (nawet jeśli nie uda się przekonać taksówkarza do włączenia licznika) i jest ich całe mnóstwo. Łatwo odróżnić je po jaskrawych kolorach. Podobno chętniej taksometr włączają kierowcy zielono-żółtych pojazdów niż różowych, ale w naszym przypadku się to nie sprawdziło. Na dodatek głupio było mi się kłócić o 10 czy 15 złotych, gdy wiedziałam, że w Polsce, za przejazd na podobnej odległości, zapłaciłabym dużo więcej. Uwaga. Taksówkarze w Bangkoku świetnie wiedzą jak dojechać w znane miejsca, natomiast duży problem mieli z dojazdem do naszego, położonego w mniej turystycznej dzielnicy, hotelu. Na nic zdawała się wydrukowana mapa i adres po tajsku (znajomy Taj setnie ubawił się opowieścią, że w ogóle liczyliśmy na te pomoce naukowe), ale dzięki obopólnemu uporowi jakoś udawało się nam dotrzeć do celu. W taksówce powinien znajdować się oficjalny cennik, ja taki spotkałam tylko raz (i tak bardzo się zdziwiłam, że zapomniałam zrobić zdjęcie).

Taxis in Bangkok
Kolorowe taksówki w Bangkoku.


CHAO PHRAYA EXPRESS BOAT

Po najmniej lubianym, przyszedł czas na mój ulubiony sposób poruszania się po Bangkoku - tramwaje wodne. Stolica Tajlandii, nie dość, że rozsiadła się nad majestatyczną rzeką Chao Phraya (zwaną też Menam), to jeszcze pocięta jest siecią mniejszych i większych kanałów (po tajsku, khlongów). Nic więc dziwnego, że część komunikacji miejskiej została przeniesiona na wodę. Najważniejsza trasa biegnie wzdłuż rzeki Menam i jest obsługiwana przez Chao Phraya Express Boat. Pod tą nazwą kryje się 5 linii rzecznych tramwajów, które zatrzymują się w różnych punktach miasta. My najczęściej korzystaliśmy z linii pomarańczowej, bo jej przystanek znajdował się blisko naszego hotelu i zapewniała wygodny "dojazd" do prawie wszystkich interesujących nas miejsc. Oprócz niej są jeszcze linie żółta, zielona i niebieska (statki oznakowane są flagami w odpowiednich kolorach) i linia bez nadanego koloru. Nie polecam pływania turystyczną niebieską linią. Dlaczego? Pojedynczy bilet na nią kosztuje 40 bahtów, a na pokrywającą się z nią w dużej mierze linię pomarańczową tylko 15. Poza tym fajnie podróżować z tubylcami: dziećmi spieszącymi się do szkół (obowiązkowe mundurki!), pracownikami hoteli i restauracji czy też tajskimi emerytami, nierzadko wyjmującymi z kieszeni najnowszego Samsunga. Bilety kupuje się na statku od bileterów, których można usłyszeć już z daleka, gdy głośno grzechoczą metalowymi pudełkami na monety, zwiastując swoją obecność. Jedyną wadą tego środka transportu jest czas przejazdu, ale w końcu byliśmy na wakacjach! Więcej o trawmajach tu: klik

Mapa Chao Phraya Express (źródło http://www.chaophrayaexpressboat.com/en/home/)

Przystań Payap. Dla ułatwienia na przystaniach wywieszane są flagi w takich kolorach, jak na zatrzymujących się przy nich tramwajach.

Drugi tramwaj wodny, którym mieliśmy okazję płynąć, kursuje po sporym kanale Saen Saep i nazywa się, tak, zgadliście: Khlong Saen Saep Express Boat. Tu łódki były sporo mniejsze, a widoki jeszcze bardziej lepsze. Serdecznie polecam dotarcie tym środkiem transportu np. od Złotej Góry do domu Jima Thompsona. Ceny niewygórowane, okolice egzotyczne, no i nie stoi się w korkach. Wszystkie szczegóły: klik

Przystań przy Khlong Saen Saep
BTS

Prawdopodobnie najszybszym, a z całą pewnością najchłodniejszym bangkockim środkiem transportu jest kolejka naziemna Skytrain (BTS). Według mnie ma ona dwie zasadnicze wady. Po pierwsze, często bywa zatłoczona, a po drugie jej zasięg jest dość ograniczony. Kolej naziemna w Bangkoku ma dwie linie: długą Sukhumvit Line i znacznie krótszą Silom Line. Linie przecinają się tylko na jednej stacji - Siam.   Skytrainem mieliśmy okazję jechać tylko dwa razy, ale nie nastręczyło to nam większych problemów. Na wszystkich stacjach są czytelne mapy i jasne drogowskazy, gdzie pójść, aby pojechać w obranym kierunku. Z map można odczytać ile mamy zapłacić za odcinek, który chcemy przejechać. Co ciekawe kartę na przejazd można kupić wyłącznie w automatach na monety. Jeśli brakuje Wam monet wystarczy podejść do odpowiedniego okienka na stacji, gdzie wymienią Wam banknoty na bilon. Przejazd Skytrain to wygoda i zarazem fajna przygoda. Trasa pociągu wybudowana jest na wysokich filarach, dzięki czemu można obserwować miasto z góry.

Mapa szybkiego transportu miejskiego w Bangkoku. Źródło: http://www.bts.co.th/customer/en/main.aspx

Skytrain w Bangkoku
Poza tym po Bangkoku można poruszać się także koleją podziemną MRT oraz autobusami. My z tych dwóch środków transportu nie korzystaliśmy. Wszystkie szczegóły: klik

PS1 Wszędzie gdzie tylko mogliśmy, nie zważając na upał i duchotę, chodziliśmy na pieszo. Moim zdaniem, to najlepszy sposób, aby poznać miasto. Można zatrzymać się gdy tylko coś nas zainteresuje, zajrzeć w każdą szczelinę i bramę.

PS2 Nie wspomniałam o najbardziej charakterystycznym, tajskim, środku transportu - tuk-tukach. Malutkie, kolorowe pojazdy, przystosowane do przewozu pasażerów są naprawdę wszechobecne. My nie odważaliśmy się nimi jeździć bo szalonym Bangkoku, mimo nagabujących zewsząd kierowców.

Kanał Saen Saep w Bangkoku.

Wieczorny rejs tramwajem rzecznym.

Tuk-tuki.


sobota, 21 lutego 2015

Tajlandia - dzień drugi - pierwsze kroki w Bangkoku

Po blisko 24 godzinach w podróży (wliczając dojazd do Warszawy, oczekiwanie na Okęciu, 2 loty po 6 godzin każdy i długą przesiadkę w Dubaju) dotarliśmy w końcu do Bangkoku. 

Jako obywatele Polski, przybywający do Tajlandii, drogą powietrzną, na okres nieprzekraczający 30 dni, nie muszą posiadać wizy (dla turystów podróżujących drogą lądową jest to 15 dni). Musieliśmy natomiast wypełnić karty przylotu i odlotu, które zostały nam rozdane przez obsługę samolotu tuż przed lądowaniem. Wpisać należy między innymi imię, nazwisko, numer paszportu, adres w Tajlandii (ja podałam nazwy hoteli, które mieliśmy zarezerwowane), numery lotów oraz, co ciekawe, zarobki. Kartę trzeba podać wraz z paszportem w punkcie kontroli granicznej. Część "przylotowa" zostanie nam zabrana, a "odlotowa" wpięta do paszportu. Tam powinna pozostać aż do wylotu. 

Przed wylotem sporo czytałam o tym, że lotnisko w Bangkoku jest zatłoczone i wszystkie procedury trwają bardzo długo. Trudno mi się z tym zgodzić  (może mieliśmy szczęście), bo było otwarte bardzo dużo okienek kontroli paszportowej, a kolejki posuwały się bardzo szybko (mimo tego, że każdemu robione jest zdjęcie). Najmilszą niespodzianką było jednak to, że na bagaż nie czekaliśmy ani minuty, po przejściu kontroli właściwie przypadkiem wpadłam na właściwą karuzelę bagażową, a tam już jadą nasze dwie wielkie walizy, które ostatnio widzieliśmy w Warszawie. Cóż za ulga, że nigdzie się nie zgubiły!

Lotnisko Suvarnabhumi, na które przylecieliśmy, zostało otwarte w 2006 roku i pełni funkcję głównego, międzynarodowego, portu lotniczego w Bangkoku. Jego poprzednik, Don Muang, obsługuje w tej chwili głównie tanie i krajowe linie lotnicze. Suvarnabhumi położone jest ponad 20 kilometrów od centrum, w stronę morza. Schodząc do lądowania przepięknie widać Zatokę Tajlandzką. Dojazd do miasta, mimo odległości, nie nastręcza żadnych kłopotów.

Najprostszym rozwiązaniem jest wzięcie z lotniska taksówki. Wystarczy kierować się zgodnie ze znakami na poziom 0, gdzie znajduje się postój taksówek, podać adres docelowy i w drogę. Można też, tak jak my, trochę sobie urozmaicić podróż i zdecydować się na pociąg - Airport Rail Link. Podróż do ostatniej stacji kosztuje 45 bahtów za osobę (czyli ok. 4,5 złotego), a bilet można kupić w kasie. Właśnie, bahty. Pieniądze spokojnie można wymienić już na lotnisku, kurs nie różni się znacznie od tego "w mieście". Nie ma różnicy czy wymienia się euro czy dolary, o ile te ostatnie są w wysokich nominałach (kurs wymiany niższych jest mniej korzystny). 

Podróż do ostatniej stacji Phaya Thai zajęła nam około 30 minut i pomijając tłok w pociągu, była całkiem komfortowa, bo... działała klimatyzacja! I to jak działała :) W końcu można odetchnąć, 30 stopni i wysoka wilgotność powietrza powaliły nawet mnie, choć tak bardzo na nie czekałam. Ponieważ nasz hotel nie znajdował się w ścisłym centrum, ze stacji kolejki trzeba było kawałek dojechać jeszcze taksówką. O jej wzywanie nie musieliśmy się nawet martwić, wystarczyło podejść do specjalnego stoiska i powiedzieć, gdzie chce się jechać. Niezaprawieni w bojach zapłaciliśmy 180 bahtów (zamiast 70, gdyby kierowca włączył licznik). Łącznie podróż kosztowała nas 270 bathów, czyli trochę taniej niż taksówka bezpośrednio z lotniska (ok. 350-450 bathów). Nie wiem jak wyszło to czasowo, myślę, że porównywalnie. Nie było to istotne, bo tego dnia nie mieliśmy i tak innych planów, jak szybkie zapoznanie z miastem. 

Po przybyciu do hotelu sił starczyło już tylko na spacer, obiad i relaks na basenie. Po długiej podróży, wydawało się, że spać będzie się idealnie. Nic bardziej mylnego. Organizm zaśnięcie o 17 czasu polskiego (23 tajskiego), potraktował jako krótką drzemkę i po 3 godzinach miał już dość. No cóż, widać, tylko czas w telefonie przestawić łatwo.

Bangkok z lotu ptaka. W tle już morze.

Zasady pierwszeństwa w pociągu.

Stacja Phaya Thai.


piątek, 20 lutego 2015

Tajlandia - dzień pierwszy - podróż

Nie wiem, czy o tym wspominałam, pewnie tak, ale... nie lubię latać. Zbyt wiele odcinków Katastrof w przestworzach obejrzałam, aby móc do tej czynności podejść obojętnie. To dla mnie i tak spore osiągnięcie, że mogę powiedzieć "nie lubię", zamiast "panicznie się boję". 

Muszę jednak przyznać, że lot Emirates to zupełnie inna bajka, niż loty tanimi liniami czy nawet samolotami czarterowymi*. Już wchodząc na pokład, w Warszawie, poczułam że rozpoczynam wakacje. Wnętrze samolotu było ładnie, pastelowo podświetlone, na siedzeniach poukładane kolorowe poduszki, miłe stewardesy witały wszystkich serdecznymi uśmiechami, a za chwilę podały gorące ręczniczki, dla odświeżenia. Od razu zapoznałam się z ICE "systemem rozrywki pokładowej" czyli monitorkiem, telewizorkiem i konsolą do gier w jednym. Potem na dobrych kilka godzin przepadłam grając w ulubioną Zumę**. No tak to ja mogę latać! Zaraz po starcie podano słone krakersy i napoje, a niedługo potem obiad. Do wyboru były dwie opcje, powiedziałabym, że jedna europejska, a druga bardziej blisko-wschodnia. Tuż przed lądowaniem dostaliśmy jeszcze lody. Ech, chyba nie mam wysublimowanego podniebienia, bo nawet mi smakowało ;)***

Bezpośredni lot z Europy do Bangkoku trwa około 11-12h, my lecieliśmy przez Dubaj, więc po 6 godzinach czekała nas przesiadka (bagatela 5 godzin oczekiwania). Czy to dobrze, czy źle, zdania są podzielone, ja się cieszyłam, bo mogłam zobaczyć to słynne megalotnisko, no i rozprostować nogi. Co do samego portu lotniczego, to faktycznie jest on ogromny, jednak dzięki dobremu oznakowaniu przejście (czy też przejechanie) z terminalu do terminalu nie nastręczało problemów. Pasażerowie lecący Emirates i oczekujący na następny lot dłużej niż  4 godziny mogą odebrać specjalny voucher, uprawniający do darmowego posiłku w jednej z restauracji (uwaga o kupon trzeba upomnieć się u obsługi). My wybraliśmy McDonald's. Żaden szał, ale u Rolanda w Zjednoczonych Emiratach Arabskich nigdy wcześniej nie jedliśmy.

Druga część lotu, z Dubaju do Bangkoku trwała mniej więcej tyle samo i wyglądała podobnie, z tym że był to lot nocny, więc było jeszcze bardziej leniwie. Zdziwiło mnie tylko, że śniadanie zostało podane niedługo po starcie, czyli ok 4 w nocy czasu dubajskiego. Zapomniałabym, Warszawę i Dubaj dzielą 3 godziny, a stolicę ZEA i Bangkok jeszcze kolejne 3. Czyli kiedy my lądowaliśmy w Bangkoku o 12:30, w Polsce była dopiero 06:30.  

* Bardzo mi się podoba, że Emirates pozwalają zadbać o komfort podróży jeszcze na długo przed boardingiem. Po zakupie biletów i zalogowaniu się na swoje konto, można wybrać miejsca w samolocie, które nam odpowiadają (warto śledzić stronę co jakiś czas, bo nam model samolotu zmieniał się przynajmniej 2 razy). 3 z 4 odcinków lecieliśmy Boeingami 777-300ER (nowiutkimi!), polecam miejsca na końcu samolotu, gdzie w bocznych rzędach są tylko po 2 siedzenia.
** Oprócz gier w ICE dostępne są też rozmaite seriale, filmy i najnowsze wiadomości. Można również śledzić mapę lotu oraz spoglądać na zewnątrz, przy pomocy kamer umiejscowionych na samolocie.
*** Przed lotem, podając jego numer i datę można sprawdzić, co będzie do zjedzenia na pokładzie. Jeśli menu nam nie pasuje, do 24h przed wylotem można wybrać posiłek specjalny (oczywiście można go też wybrać ze względu na religię, przekonania czy dietę, opcji jest kilka m. in. wegetariańska, wegańska, orientalna).

Chwilę przed startem, jeszcze szaruga za oknem.

Megalotnisko w Dubaju.
Voucher na posiłek - Emirates.

Wykaz restauracji na voucherze Emirates

I Dubaj z góry. Plama światła na ciemnej pustyni.

Bangkok z lotu ptaka. Olbrzymi.